Po przyjeździe do domu odpoczęłam i dopiero w sobotę pojechaliśmy razem z Filipem odebrać psa. Moi rodzice byli zachwyceni naszym przyjazdem. Frodo również. Spostrzegł nas z daleka i musieliśmy uważać, aby nie najechać na niego podczas parkowania samochodu. Jak tylko nas dostrzegł, uciekł ojcu i zanim tata się zorientował, już był na podwórku, szalony pies, hihihi. Omal mnie nie przewrócił podczas wysiadania z auta. Tyle w nim energii, spontanicznej radości, normalnie wulkan. Nikt nie cieszy się tak szaleńczo na mój widok, jak ukochany labrador. Te psy to urodzone pieszczochy i łasuchy. Oczywiście, wyczuł coś ciekawego w kieszeni kurtki Filipa i próbował wsadzić tam pysk, fuknęłam na niego „ŹLE” i zaraz spokorniał, grzecznie usiadł i czekał na komendę. Tata pozwala mu na zbyt dużo, mam wrażenie, że z moimi rodzicami robi, co chce. Oni nie mają serca go skarcić, a on to wykorzystuje. Zawsze też uda mu się wyżebrać od nich coś do jedzenia. Teraz siedział z miną skazańca wpatrzony w oczy Filipa i tylko było widać, jak nos mu się porusza. Pokręciłam głową mówiąc: „ och, ty cwaniaku, umiesz o siebie zadbać, wiesz co dobre, jesteś bardzo mądrym psem”. Filip wyjął z kieszeni napoczętą paczkę krakersów i oczywiście podzielił się nimi z psem. Frodo z wyrazem całkowitego uwielbienia w oczach podał Filipowi łapę i nie odstępował go na krok. Odniosłam wrażenie, że ojcu zrobiło się przykro z tego powodu, pewnie myślał, że za te wszystkie długie spacery połączone z zabawą, to on będzie „ulubieńcem” zwierzaka. Widząc to, próbowałam pocieszyć ojca zapewnieniem, że pies będzie siedział tak długo przy Filipie, jak długo on będzie miał krakersy. To już sprawdzona prawda, labradory kochają wszystkich ludzi, dlatego tak łatwo można je wyszkolić, za jedzenie zrobią prawie wszystko. Długo nie trzeba było czekać na potwierdzenie moich słów. Mama z tacą w ręku weszła do pokoju, wniosła obiad i pies natychmiast pognał za nią do kuchni. Na tak jawne cwaniactwo wszyscy wybuchnęliśmy gromkim śmiechem. Obiad upłynął w swobodnej, radosnej atmosferze. Potem panowie wspólnie poszli na spacer biorąc z sobą psa. Ja pomogłam pozmywać po obiedzie i przygotować deser. Andruty i markizy z firmy Dr Gerard ładnie ułożyłam na przeznaczonej do tego paterze. Pachniały smakowicie z daleka. Uwielbiam ich świeży smak i tę wyjątkową kruchość, żadne inne ciasteczka nie są tak fantastyczne, jak te z firmy Dr Gerard. Z zadowoloną miną zaparzyłam kawę w dzbanku i usiadłam z powrotem przy stole. Ogarnął mnie błogi spokój, miałam w zasięgu ręki najsmaczniejsze markizy i andruty, do tego dzbanek aromatycznej kawy i to już była pełnia szczęścia. Mogłam w towarzystwie mamy spokojnie czekać na powrót naszych mężczyzn i psa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz