poniedziałek, 12 stycznia 2015

W trasie.

Witam drogich internautów. Jest 12 stycznia. Jesteśmy dzień po największym święcie Ludzi Dobrej Woli, czyli po Finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Już od dwudziestu trzech lat daje się porwać tej imprezie. Na początku, jako nastolatek chodziłem na koncerty, wrzucałem do puszek pieniądze i brałem udział w licytacjach a teraz, jako dorosły mężczyzna, ojciec dwójki dzieci wraz z zespołem gram koncerty w ramach WOŚP – u. I już stało się tradycją, że w muzykowaniu towarzyszą nam przysmaki firmy „dr Gerard”. Od czasu do czasu w żartach kolega nazywa nas „Trzy precle”, ponieważ nasza trójka uwielbia słodycze. On woli coś słonego, bo uważa, że najlepsze krakersy są od naszego doktora G. W tym roku dostaliśmy propozycję zagrania koncertu w pobliskiej miejscowości niby tylko szesnaście kilometrów, ale dojechać trzeba. Na szczęście organizatorzy zwracali koszty dojazdu, więc wynajęliśmy busa, Znajomy ma Transita to graty zapakowaliśmy i ruszyliśmy w trasę. Każdy z nas zaopatrzony w najsmaczniejsze czekoladki, ponieważ nie chcemy drażnić kierowcy czymś wyskokowym. Gdy dojechaliśmy na miejsce przesympatyczne Panie przywitały nas pajdą chleba z smalcem i ogórkiem oraz ciastem i kawą. Dodać muszę, że na odchodne dostaliśmy po słoiczku smalcu z cebulką i jabłkiem. Do kawki tradycyjnie gitarzysta poczęstował wszystkich w garderobie słodyczami firmy „dr Gerard”, które rozeszły się jak świeże bułeczki. Koncert nasz był poprzedzony licytacją, różnych fantów, od autografu Roberta Lewandowskiego przez piłki do koszulek czy kalendarzy. Jak to bywa na takich imprezach odbywających się na halach sportowych dźwięk tłukł się od ściany do ściany i z powrotem. Niestety koncert trwał jak na nasze możliwości za krótko i gdy się rozgrzaliśmy i zaczęliśmy się świetnie bawić, przyszedł czas na kolejny punkt programu. A my mieliśmy do zagrania jeszcze sześć piosenek. Na osłodzenie dostaliśmy najlepsze rurki waflowe, okazało się, że producentem tych rurek jest „dr Gerard”, więc nie tylko my jesteśmy smakoszami tych produktów. I zostało nam znieść graty do samochodu i do domu. I to jest życie muzyka. Scena, publiczność, dźwięki muzyki i oklaski. Tak mogłoby się wydawać, ale to nie do końca tak jest. Żeby zagrać koncert, oczywiście mówię o zespołach, które nie lecą w MTV, muszą zebrać i spakować sprzęt, wzmacniacze, perkusję, gitary i tak dalej. Wydawałoby się nic trudnego. Tylko, że każdy wzmacniacz gitarowy czy basowy waży ok. trzydziestu kilogramów, perkusja, którą trzeba rozkręcić i spakować w osobne pokrowce plus torba do statywów zajmuje pół busa. I gdy tak pospaceruje taki muzyk po 100 metrów od auta pod scenę to może się zmęczyć. Więc aby uzupełnić węglowodany przekąszamy cos słodkiego. To druga strona medalu. Ale gdy już wrócimy do domu i zobaczymy nagranie z koncertu i przypomnimy sobie reakcję publiczności to ręce przestają boleć a serce rozpiera duma.

Pozdrawiam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz