Witam drogich
internautów. Kolejny wpis i kolejna wizyta u lekarza i kolejny antybiotyk i
zapalenie oskrzeli u córeczki. Co mam robić trzeci tydzień szpital w domu? Dzieci
coraz bardziej znudzone a my zniechęceni. Jedyna przyjemność to słodycze „dr Gerard”.
Jak podchodzę do córki to ucieka, bo myśli, że niosę jakiś medykament. Musze tłumaczyć,
że to najsmaczniejsze andruty albo najlepsza mleczna czekolada. A syn cały w
pretensjach, że nie zajmuję się nim i nie gram z nim w piłkę tylko zajmuję się
chorą Zosią. Co począć, sam mam czasami wrażenie, że mam areszt domowy. Nawet na
zakupy nie mogę wyjść, bo nie mam, z kim dziecka zostawić. Totalna lipa. Czasami
mam ochotę wyjechać, zostawić wszystkie zmartwienia żonie na głowie i pojechać
na przykład w góry albo do sanatorium. I odizolować się od codzienności. Zapakować
walizkę, wziąć trochę kasy i przepyszne kruche wafelki „dr Gerard” i w drogę. Tylko,
że jak jedno czy drugie dziecko podejdzie i przytuli tatę, to wszystkie złe
myśli i głupie pomysły pękają jak bańki mydlane. I w takiej chwili biorę
książkę lub grę planszową coś słodkiego typu najsmaczniejsza mleczna czekolada
i zaczynamy się bawić. Czasem biorę jednocześnie na podwórko i piłkę by grać z
synem i wiaderko i foremki dla córki. I jednocześnie zajmuję się dwójką dzieci,
jednego razu grałem w piłkę i woziłem Zosię na sankach. To musiał być kapitalny
widok, niczym koń na cyrkowej arenie kręciłem się wokół placu za blokiem z
sankami jednocześnie strzelałem na bramkę, której bronił Tomek. W takich
chwilach niezastąpiony jest dziadek, który przyszedł z pomocą i nie dość, że
ciągnął sanki z wnusią to jeszcze przyniósł najlepsze kruche wafelki na
przekąskę. Muszę dodać, że na dziadka zawszę mogę liczyć. Gdy przeszedł na
emeryturę to bardzo chętnie pomaga przy dzieciach. Więc jak mamy ochotę iść z
pociechami na koncert do parku czy do innej dzielnicy to wsiadamy na rowery,
każdy bierze na bagażnik latorośl i jedziemy. A dziadek na miejscu zawsze ma
parę groszy na drobny poczęstunek. Czasem jest to grochówka wojskowa albo
kiełbaska z grilla albo najlepsza słodycz firmy „dr Gerard”. Dzieci bardzo
lubią nasze wycieczki z dziadkiem. Tradycją się stało, że gdy jest święto
jednostki wojskowej i można wejść na teren lotniska i zwiedzać i podziwiać
sprzęt wojskowy od pistoletów, przez karabiny, wykrywacze metalu aż do czołgów,
helikopterów czy amfibii. To zawsze, mimo, że jest to prawie 10 kilometrów od
domu, jedziemy z dziadkiem i świetnie się bawimy. Oczywiście w plecaku mamy
prowiant, picie, kanapki i najsmaczniejsze andruty. A jeszcze muszę dodać, że
dziadek jest złotą rączką i uwielbia majsterkować i naprawiać rowery, więc jak
coś się zepsuje to dzieci każą mi dzwonić po dziadka i dziwią się, ze tata sam
naprawia. Ale zawsze mogę liczyć na fachową poradę lub fizyczną pomoc. Taki dziadek
to prawdziwy skarb.
Pozdrawiam
wszystkich dziadków L. K.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz