wtorek, 17 lutego 2015

Kulig

Na terenie nadleśnictwa, na którym leży posiadłość Nowickich, zostanie zorganizowany prawdziwy  kulig. Taki z saniami ciągniętymi przez konie, z płonącymi pochodniami i ogniskiem. Tomek zadzwonił do nas  z tą informacją, jednocześnie zapraszając nas na tak piękną plenerową przygodę. Oczywiście, zgodziłam się od razu. Z wielkim entuzjazmem rozpoczęłam przygotowania do tego wydarzenia. Kulig miał się rozpocząć we wtorek o godzinie 17, w ten wtorek, który nazywamy ostatnią zabawą śledzikową. Muszę poprosić szefa o zwolnienie mnie z ostatniej godziny pracy, odpracuję ją w czasie, który szef wyznaczy. W przeciwnym razie nie zdążę. Nie wyobrażam sobie, abym ubrana w jakieś grube, ciepłe ciuchy siedziała w biurze. Jest jeszcze możliwość przebrania się w pokoju socjalnym, Filip przyjechałby po mnie samochodem i od razu ruszylibyśmy do Nowickich. Swoją drogą, jak powinnam się ubrać na taką imprezę? Mam kombinezon narciarski, ale na dłuższą metę stanowi problem w korzystaniu z toalety. Muszę zapytać o ubiór Ewę, może mi coś podpowie. Stwierdziła, że tak naprawdę to powinnam zadbać o bieliznę termiczną, a potem to już ciepłe spodnie, jakiś sweter i kurtka, która nie krępuje ruchów. Ważne są również odpowiednie buty, szal, czapka i rękawice. Mądra dziewczyna z tej Ewy. We wtorek wyszłam z pracy o godzinę wcześniej, miałam czas na wszystko. Pogoda była wręcz doskonała, prószył delikatnie śnieg. Sanie zaprzężone w zniecierpliwione konie czekały na uczestników przy wjeździe do parku. Wszystko wyglądało jak z bajki, uśmiechnięci ludzie, opatuleni ciepłymi pledami, siedzieli w saniach i ożywieniem rozmawiali o czekającej nas przygodzie. Był nawet pan, który przygrywał na akordeonie, z boku sani w bezpiecznej odległości umieszczone były pochodnie zabezpieczone drucianym koszykiem. Dzieciaki piszczały z radości. Kiedy sanie ruszyły, rozdzwoniły się dzwoneczki, których wcześniej nie zauważyłam. Przy głośnym akompaniamencie akordeonu uczestnicy zaczęli śpiewać piosenki biesiadne. Objechaliśmy park dwa razy dookoła i ruszyliśmy w stronę lasu. Tam czekała na nas niespodzianka. Sanie mknęły gładko po leśnych drogach, a krajobraz zapierał dech w piersiach. Myślałam, że śnię i jestem w samym środku którejś z baśni Andersena. Po około dwóch godzinach krążenia po leśnych chaszczach wyjechaliśmy na leśną polanę, na której płonęło już ognisko. Dzieciaki z piskiem wyskakiwały z sań pędząc do piknikowego stołu. Okazało się, że tam czekają przygotowane ziemniaki i kiełbaski do pieczenia. Uwolniono zwierzęta z zaprzęgu i luźno przywiązano do drzewa. Mogły spokojnie się poruszać, podczas gdy biesiadnicy ucztowali. Dzieci dostały od razu kubki z gorącą czekoladą z termosu i pyszne markizy z firmy Dr Gerard oraz biszkopty z ulubionej firmy. Patrzyłam z podziwem na świetną organizację całego wydarzenia. Dzieci rozgrzały się pijąc czekoladę i nie marudziły w oczekiwaniu na upieczone ziemniaki w ognisku oraz skwierczące kiełbaski. W tym czasie zajęte były objadaniem się najsmaczniejszymi ciasteczkami z firmy Dr Gerard. Zosia podbiegła w podskokach i poprosiła mamę o najlepsze rurki waflowe na świecie. Rozbawiło mnie to, tym bardziej, że  z wielkim apetytem pałaszowała wyłożone markizy. Ewa jednak była przygotowana i z uśmiechem podała córce opakowanie z pysznymi rurkami z firmy Dr Gerard. Oj, ta Zośka, nawet nie zdaje sobie sprawy, jakie ma cudne dzieciństwo. Dla dorosłych był termos z kawą i herbatą, oczywiście hitem imprezy było grzane wino, doprawione goździkami, przyprawą korzenną i skórką z pomarańczy i cytryny. Smakowało rewelacyjnie, a rozgrzewało od razu, hahaha.  Oczywiście, ja również musiałam poczęstować się ciasteczkami z mojej ulubionej firmy. Wieczór i znaczna część nocy minęła na szalonej, pełnej spontaniczności zabawie. Zasmuceni końcem imprezy, około północy zaczęliśmy żegnać się ze sobą. Zewsząd słychać było obietnice o zorganizowaniu podobnej również w przyszłym roku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz