środa, 11 lutego 2015

W górach

Witam was wszystkich dzisiaj mam do przedstawienia relacje z bardzo trudnej wyprawy w górach.Przed wyjściem zabraliśmy ze sobą oprócz wszystkich niezbędnych rzeczy  najlepsze rurki waflowe, kruche wafelki, czekoladki Dr. Gerard.Już po wyjściu schodzimy tą samą drogą, którą wspinaliśmy się na szczyt, a kiedy po dwóch godzinach dochodzimy do najtrudniejszego odcinka szlaku, wiatr wzmaga się i wieje coraz mocniej. Jakiś czas temu burzowa chmura oplotła szczyty i zaczęła sunąć w naszym kierunku. J arek pewnym ruchem odpina z uprzęży śrubę lodową, mocuje ją w lodzie, po czym błyskawicznie rzuca kilkudziesięciometrową linę w niedosięgły wzrokiem uskok. Spięci na jednej linie, ruszamy w dół - jestem pierwszy, za mną idzie Krzysztof. Gdyby poszło coś nie tak, odpadając, poszybowalibyśmy na dno kilkusetmetrowej ściany. Wiemy, jak ważna jest każda chwila podczas załamania pogody w górach, by jak najszybciej uciec w bezpieczne schronienie. Wtedy nie ma czasu na błędy. Reguła ta dotyczy wszystkich, również wytrawnych i doświadczonych wspinaczy. Po upływie następnych kilku minut cała trójka jest wpięta w stabilną, choć kilkuletnią już stalową linę, oplatającą duży głaz, tworzący stanowisko asekuracyjne. 
- Robert, go first! Go! Go! Now! - słowa Jarka dźwięczą mi w uszach. 

Znowu ruszam pierwszy. Teraz należy opuścić się kilkadziesiąt metrów i zejść ze ściany na trawers o bezpiecznym nachyleniu. Nim docieram w to miejsce, rusza Krzysztof. Po chwili z wbitymi po grot czekanami, z umocowaną bezpiecznie liną, asekurujemy Jarka. Na sygnał rusza w dół, do naszego stanowiska. 
- Dzięki, panowie! - puentuje, gdy pojawia się obok nas. 

Przed oczami ukazuje się odległy zarys szczytu Aiguille du Midi i mały punkt. Schronisko, do którego będziemy schodzić przez kilka następnych godzin, trawersując zbocza. Idąc w głębokim śniegu, torując na nowo zasypane szlaki, będziemy wpadać po pas, ześlizgując się co kilka metrów w dół. Mija 14 godzina dzisiejszej akcji. Kiedy zapada noc, musimy być jeszcze bardziej ostrożni, gdyż - mimo wzajemnej asekuracji - są miejsca, gdzie potknięcie bądź zahaczenie rakiem o drugą nogę może doprowadzić do nieszczęścia. Nie trudzimy się już mijaniem tych, którzy idą wolniej. Trzy kwadranse spędzone na szczycie dały im przewagę i duży dystans czasowy wobec nas. Jednak z tyłu zostają trzy grupy, ostatni zespół jest co najmniej dwie godziny za nami. Gdy wiatr rozwiewa na chwilę chmury, widzimy w oddali migoczące czołówki. Co jakiś czas zastanawiamy się, czy w tych warunkach ostatni nie powinni wezwać pomocy.My żeśmy doszli już do schroniska tam po ogrzaniu się wypiliśmy herbatę i zajadaliśmy najsmaczniejsze andruty, biszkopciki, herbatniki, i czekoladki Dr. Gerard.Dla mnie była to najtrudniejsza wyprawa w życiu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz