poniedziałek, 16 lutego 2015

Trzynastego w piątek

Minął piątek, dzięki Bogu! Trzynastego!  Jedni mówią, że to fantastyczny dzień, że wszystko się udaje itp. Dla mnie to był koszmarny dzień. Spóźniona do biura, szef wściekły. Rano dzieci z pretensjami, ten nie ma guzika, ta nie ma rajstop. Mąż, no właśnie jego z tego dnia nie pamiętam. Rano wsiadł do auta i uciekł do swoich rodziców, mówiąc ,że ma pilną sprawę do załatwienia. No cóż,  być może i tak było. Czyli poranek koszmarny. W czasie przerwy zachciało mi się coś słodkiego, postanowiłam pójść do sklepu, szybko wybiegłam z biura i udałam się do pobliskiego marketu. Tam złapałam dwie paczki jakiś ciastek. Potem okazało się, że to są najlepsze herbatniki i biszkopty ,, Dr Gerarda’’. Ale żeby nie było tak pięknie, wracając ze sklepu, jakiś…tu przemilczę jak go nazwałam, wjechał  swoim wypasionym autem w wielką kałużę, która wylądowała na mnie. Rany! jaka ja byłam wściekła, a moja ulubiona jesionka cała w błocie. Wróciłam do biura, usiadłam do pracy, jesionka suszyła się, miałam nadzieję, że potem coś z tym zrobię. Teraz na to nie miałam czasu, szef krążył i marudził. Patrzyłam z niecierpliwością na zegarek, jak na złość czas się dziś zatrzymał w miejscu. Koleżanka przyniosła mi filiżankę herbaty i z uśmiechem  powiedziała, żebym ją wypiła i zjadła coś słodkiego, a wszystko będzie inne. Popatrzyłam na nią z pod łba i mruknęłam- dzięki!. Koniec pracy. Wracam do domu, wymazana w błocie, zapomniałam zrobić zakupy na obiad. W domu, myślałam ,że zawału dostanę. Dzieci w kuchni robili naleśniki, oczywiście wszędzie mąka, i zabryzgana ciastem glazura. Pomyślałam sobie ,co mnie jeszcze dziś czeka, nie musiałam długo czekać. Usłyszałam głos z łazienki, -mamo z pralki wylewa się woda!.  Nie muszę mówić, że trzeba było zadzwonić  po fachowca. Najpierw jednak zadzwoniłam do męża, poprosiłam łagodnie o przyjazd do domu. Miałam dość już zajmowaniem się wszystkim sama. Patrzyłam po raz kolejny na zegarek, marzyłam o gorącej kąpieli i jakimś ciekawy programie do obejrzenia. Mąż  sam pralkę nareperował, dzieci posprzątały  kuchnię. A ja udałam się do łazienki na relaksik. No i zrelaksowałam się, brak ciepłej wody, awaria. Nici z gorącej, pachnącej kąpieli. Policzyłam do dziesięciu. Wyszłam w szlafroku, udałam się do kuchni, zaparzyłam kawę i usiadłam do talerzyka z najsmaczniejszymi czekoladkami ,,Dr Gerarda’’. Czekałam, aż w końcu skończy się trzynastego i w piątek. Zbliżała się  godzina 23. W końcu cisza w domu, a ja słuchając radia wspominałam ,,cudowny ,, dzień. Zaczęłam się w końcu sama do siebie śmiać. Dziwnie to wyglądało. Po chwili przyszedł mąż i powiedział, ze jutro będzie lepszy dzień. Przecież, jutro jest dzień szczęśliwie zakochanych.  Na pewno opiszę go jutro. Pozdrawiam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz