Rok 1976. Południowa Polska. Od dwóch lat kochałem się w Lenie - anielskiej istocie z przeciwka. Codziennie szliśmy razem z przystanku autobusowego do domu. To były najszczęśliwsze chwile mojego młodego życia.
Sytuacja nie była prosta. Po pierwsze, tak się złożyło, że Tadek, starszy brat Leny, był moim najlepszym przyjacielem. Po drugie, w obecności Leny czułem się dziwnie onieśmielony. Wśród kolegów zawsze brylowałem. Przy niej odejmowało mi mowę. Chociaż Lena zawsze była dla mnie miła, miałem wrażenie, że jej serce nie bije dla mnie równie mocno jak moje dla niej.
I oto nadszedł tamten pamiętny Dzień Świętego Walentego. W szkole rozdawaliśmy sobie kupione na tę okazję kartki. Ja dostałem zwyczajną, z napisem „Bądź mój!”, podpisaną przez Lene i resztę klasy. Jednak w drodze z przystanku Lena powiedziała: Mam coś dla ciebie.
Aż mnie zamurowało. Wyjęła z tornistra dużą czerwoną kopertę, wcisnęła mi do ręki i puściła się pędem do domu. Kiedy tylko znalazłem się w swoim pokoju, ostrożnie otworzyłem kopertę. W środku była najpiękniejsza na świecie ręcznie robiona kartka z czerwonego kartonu, ozdobiona białą wycinanką, błyszczącymi gwiazdkami i najróżniejszymi serduszkami. Wewnątrz Lena wypisała „Kocham Cię”. Starannie pochyłe litery z białego kleju pokryte były brokatem. Przeczytałem kartkę ze 30, 40 razy. Wreszcie ukryłem ją pod skarpetkami w szafie. Pewnie teraz moglibyśmy być z Leną małżeństwem, gdyby na naszej drodze nie stanął mój starszy brat - Mateusz. Tamtego wieczoru, grzebiąc w moich rzeczach, natknął się na kopertę. Mateusz był w ósmej klasie. Zachował się okrutnie, jak przystało na starszego brata. Pokazał kartkę od Leny Tatkowi i innym chłopakom z sąsiedztwa. Ten rozgłos głęboko zranił Lenę i mnie, niszcząc szansę budzącej się miłości.
Potem mój ojciec oznajmił, że się przeprowadzamy. I to bardzo daleko. Dla mnie oznaczało to prawdziwe zesłanie, daleko od ciepłego uśmiechu Leny. Podsunąłem rodzicom myśl, że zostanę i zamieszkam w domu dziecka. Ale nie miałem wtedy wiele do gadania. W szkole nasza wychowawczyni zorganizowała przyjęcie pożegnalne. A ja tylko wpatrywałem się w Lenę, która, po raz pierwszy od tamtych walentynek, też patrzyła na mnie swoimi wielkimi oczami pełnymi łez. W autobusie usiadła koło mnie i przez całą drogę trzymała mnie mocno za rękę. Kiedy znaleźliśmy się przed moim domem, próbowałem znaleźć słowa, żeby wyrazić straszny ból rozdzierający mi serce:
- No to... cześć! - wyjąkałem wreszcie.
Lena pocałowała mnie w policzek i popędziła na drugą stronę ulicy. Tak po prostu. I już jej nie było.
Nieraz przychodziło mi do głowy, że poszukiwania ukochanej z szóstej klasy świadczą o nie całkiem zdrowych zmysłach. Ale wierzyłem, że taka miłość nie mija bez śladu, że zawsze pozostaje jakiś sentyment. Byłem gotów jechać za nią, gdziekolwiek rzucił ją los, i... kto wie?
Telefony do szkoły i dawnych znajomych nie dały skutku. Wtedy pewien prawnik polecił mi firmę, która zajmuje się szukaniem zaginionych osób. W godzinę po moim telefonie dostałem adres Leny
Do tamtej pory moje dążenie było czystą fantazją, ale teraz miałem w ręku przerażająco konkretną informację. Czy rzeczywiście tego chcę? Czy warto ryzykować najświętsze wspomnienia, żeby się tylko rozczarować? Ale wydawało mi się, że głupio jest teraz zatrzymać się, kiedy byłem już tak blisko Leny
Droga Leno zacząłem swój list mam nadzieję, że mnie nie zapomniałaś. Cały dzień spędziłem na pisaniu. Poszedłem na pocztę i wysłałem ekspres. Następnego dnia wieczorem zadzwonił telefon.
Oczywiście, pamiętam cię powiedział głos.
Lena?
- Miałeś psa, który nazywał się Bazyl?
- Tak.
- Codziennie chodziłeś do szkoły w kurtce z napisem drużyny której kibicowałeś, nawet w upał?
- Tak.
- Stłukłeś jakiegoś dzieciaka na przystanku, bo się ze mnie śmiał, kiedy miałam ospę?
- Lena.
- Witaj nieznajomy.
Rozmawialiśmy godzinę i pośmialiśmy się zdrowo z tego, jakim utrapieniem dla nas byli nasi bracia. W czasie rozmowy napomknęła coś o pracy, mężu i dwóch synach. Ja też streściłem swoje osiągnięcia życiowe. Wydawało mi się, że szczerze się zaciekawiła. Zgodziła się na spotkanie w restauracji w przyszłym tygodniu.
Pan nazywa się Marciniak? zapytał kelner.
Skinąłem głową.
- Wiadomość od Leny. Bardzo przeprasza, ale spóźni się godzinę.
To było niby odroczenie.Zamówiłem sobie kawę a do kawy ciasteczka Dr. Gerard najlepsze rurki waflowe, andruty i biszkopciki. Przez cały dzień żołądek ściskał mi się z nerwów. Może dobrze zrobi mi chwila, żeby się pozbierać. Poszedłem na krótki spacer. Myślałem o setkach możliwych powodów spóźnienia Leny. Musiała zostać w pracy. Nie mogła znaleźć opiekunki do dzieci. Miała awanturę z mężem, zazdrosnym narwańcem, który grozi, że mnie dopadnie. I wtedy doznałem olśnienia - nie muszę przez to przechodzić, żeby za wszelką cenę dowiedzieć się, jakby to mogło być. Wiedziałem o Lenie wszystko, co trzeba. Któż chciałby odkryć, że po 30 latach uczucia wyblakły i nic nie przyda im blasku? Może i takie jest życie, ale romanse szóstoklasistów są inne. Niedaleko restauracji znalazłem sklep papierniczy. Kupiłem papier, koperty, biały klej i brokat. Przysiadłem na ławce i napisałem:
Lena,
jestem pewien, że spędzilibyśmy dziś cudowny wieczór, ale tak naprawdę chciałem tylko podziękować Ci za walentynkową kartkę, którą dałaś mi dawno temu. Może sądzisz, że to było bez znaczenia, ale właśnie takie podarunki niosą w sobie cały urok świata. Dlatego nigdy Cię nie zapomnę.
Twój Tomasz
Napisałem klejem na dużej czerwonej kopercie imię Lori, obsypałem obficie brokatem i poczekałem aż wyschnie. Wróciłem do restauracji, przypieczętowałem kopertę najbardziej niewinnym pocałunkiem, na jaki mnie było stać, położyłem kartę na stole i wyszedłem.Wracając do domu gdy już byłem na osiedlu w pobliżu domu wszedłem do sklepu żeby zrobić zakupy między innymi takimi podstawowymi zakupami kupiłem też słodycze Dr. Gerard. najsmaczniejsze markizy, andruty kruche wafelki, i czekoladki.Po dotarciu do domu rozebrałem się i rozpakowałem z zakupów siadłem w fotelu i na spokojnie rozmyślałem o swoich przeżyciach i fantazjach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz