czwartek, 19 lutego 2015

NO I SIĘ DOIGRAŁAM

NO I SIĘ DOIGRAŁAM
W czwartek rano obudziłam się z bólem głowy, potem okazało się, że boli mnie również gardło. Od razu wzięłam aspirynę i jakieś cudo do ssania, ale niezbyt pomogło. W piątek dołączył jeszcze katar, więc ewidentnie się przeziębiłam. Ciekawe, czy to nastąpiło podczas kuligu, czy może zaraziłam się od kogoś np. robiąc zakupy w sklepie. Byłam wykończona, czułam się podle, cały weekend przeleżałam w łóżku. Filip troskliwie się mną opiekował. Wcale tego nie chciałam, wyglądałam przecież okropnie i żaden facet nie powinien widzieć swojej kobiety w takim stanie. Na nic jednak zdały się moje protesty i prośba, aby sobie poszedł, patrzył na mnie tylko tymi swoimi cudnymi oczami i uśmiechał się pod nosem. Z apteki przyniósł jakieś specyfiki  i nie odpuścił, dopóki ich nie połknęłam. Wiem, że gorączkowałam, pociłam się okropnie, a on przebierał mi  pościel i koszulę. Nie miałam apetytu i nie chciałam nic jeść, byłam osłabiona. Przekonywał, abym coś zjadła i dużo piła. Na pewno chciał jak najlepiej, wiem, że nie wolno brać za dużo leków na pusty żołądek, ale nie potrafiłam zmusić się do jedzenia. Dobrze, że bez problemu wypijałam sporo wody mineralnej. Dopiero w niedziele skusiłam się na najlepsze biszkopciki z firmy Dr Gerard. Wiedział, jak mnie skłonić do jedzenia, moja słabość do słodyczy zwyciężyła. Specjalnie poszedł do sklepu, aby kupić najsmaczniejsze  kruche wafelki i moje ulubione biszkopciki morelowe z firmy Dr Gerard. Ten świeży aromat skusił by każdego. Ten mój słodki łobuz dobrze wiedział, że zbyt długo nie będę się opierać pokusie zjedzenia takich pyszności. Po południu poczułam się lepiej, ale niestety nie było mowy o powrocie do pracy. W poniedziałek na wizytę domową przybył lekarz i stwierdził, że do końca tygodnia powinnam zostać w domu, że panuje jakiś wirus i nie wolno ryzykować. Dostałam pięć dni zwolnienia i zakaz opuszczania mieszkania. Filip robił zakupy, wykupił pozostawioną przez lekarza receptę i siedząc przy mnie opowiadał zabawne historyjki ze swojego  dzieciństwa. Trzeba przyznać , że skutecznie poprawił mi nastrój. Zadbał również o obiad, zamówił go po prostu z restauracji, mówiąc, że potrzebuje czegoś smacznego, lekkiego dla  osoby chorej. Posiłek by lekkostrawny i ładnie zapakowany. Zjadłam sporą część z dania przeznaczonego dla mnie. Byłam osłabiona, ale mimo to, poczułam się lepiej. Po południu zasnęłam. Kiedy obudziłam się wieczorem, na moim stoliku stała doniczka z fiołkami alpejskimi. Wyglądały uroczo, donica była owinięta dekoracyjną folią pasującą do delikatnego różu kwiatów wynurzających się obficie z donicy. Obok leżała tabliczka mojej ulubionej mlecznej czekolady, uśmiechnęłam się i pomyślałam, że mam dużo szczęścia. Filip przecież tak bardzo różnił się od mężczyzn, których dotąd spotykałam. Dobrze, że nasze drogi się skrzyżowały. Przy tak troskliwej opiece szybko wróciłam do zdrowia.                     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz