poniedziałek, 2 lutego 2015

U znajomej

 Gdy kiedyś byłem w odwiedzinach u swojej dobrej znajomej, przywitała mnie bardzo serdecznie.  kazała mi się rozebrać zaprowadziła do dużego pokoju i się rozgościć. A sama  poszła do kuchni zrobić kawę no a do kawy przyniosła ku mojemu zdziwieniu wyroby Dr. Gerard najlepsze rurki waflowe, herbatniki, i czekoladki.A  przy kawiei lampce wina rozmowa stawała się co raz  śmielsza ,były wszystkie w pomnienia ,potem moja znajoma rozgadała się o swoim jedynym synku i praktycznie dominował tylko ten temat Mówiła jak to jej mały Bartek był cichym i nieśmiałym chłopcem.  No i właśnie w tym momencie   wrócił do domu Bartek i oznajmił matce, że chciałby przygotować walentynkę dla każdej osoby ze swojej klasy. Serce matki ścisnęło się z bólu. Powiedziała chciałabym, żebyś porzucił ten zamysł, pomyślała, gdyż wiele razy obserwowała, jak dzieci wracały razem ze szkoły. Jej Bartek zawsze podążał kilka kroków za grupą rówieśników. Dzieciaki śmiały się, rozmawiały i brały pod ręce, ale nigdy nie włączały Bartka do swego kręgu. Mimo wszystko kobieta zdecydowała, że pomoże synowi w realizacji jego zamierzenia. Kupiła mu papier, klej i kredki. Przez trzy tygodnie każdego wieczoru Bartek trudził się nad wykonaniem trzydziestu pięciu walentynkowych kart.
     Nadszedł ranek Dnia Świętego Walentego i Bartek wprost nie posiadał się z podniecenia. Starannie ułożył kartki, zapakował je do torby i wybiegł z domu. Matka postanowiła, że upiecze jego ulubione ciasteczka,kupiła też markizy, andruty i kostkę waflową Dr. Gerard.które poda mu na lunch ze szklanką mleka. Dobrze wiedziała, że jej synowi będzie przykro, więc może ciasteczka nieco złagodzą smutek. Myśl o tym, iż Bartek na pewno nie dostanie wielu walentynek, a może nawet wróci bez żadnej, sprawiała jej ogromny ból.
     Po południu postawiła na stole ciasteczka i szklankę mleka. Usłyszawszy gwar dziecięcych głosów, wyjrzała przez okno. Jak zwykle dzieci zbliżały się całą gromadą, śmiejąc się i bawiąc w najlepsze. Za nimi jak zawsze maszerował Bartek. Tego dnia szedł nieco szybciej niż zazwyczaj. Była pewna, że jej synek wybuchnie płaczem jak tylko wejdzie do domu. Zauważyła, że Bartekma puste ręce, więc kiedy otworzyły się drzwi, pospiesznie przełknęła łzy.
     - Przygotowałam dla ciebie ciasteczka i mleko - powiedziała.
Bartek jednak zdawał się nie słyszeć jej słów. Maszerował dziarsko z twarzą rozjaśnioną uśmiechem i powtarzał tylko:
     - Ani jednej. Ani jednej...
     Serce matki ścisnął ból.
     A potem jej syn dodał:
     - Nie zapomniałem zrobić ani jednej. Ani jednej! Po tych opowieścich znajoma też bardzo była zadowolona z syna no i porozmawialiśmy jeszcze trochę   i musiałem zakończyć wizytę i się pożegnać

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz