poniedziałek, 30 marca 2015
czekolada
Najlepsze i najsmaczniejsze bambino oraz bratanki są z firmy Dr.Gerard.Domowa czekolada z orzechami
Składniki:mleko 90 ml,orzechy włoskie 85 g
cukier waniliowy 3 g,olej rzepakowy 15 ml
masło 125 g,cukier 200 g,kakao 25 g
mleko w proszku 65 g
Domową czekoladę robiłam pierwszy raz. Jakoś nigdy jeszcze nie nadarzyła się okazja. Jadłam taką w dzieciństwie. Pamiętam, że zawierała kakao i mleko w proszku.
Tak więc nie mając żadnego doświadczenia w czekoladowej materii, postanowiłam zrobić taki specjał nie ingerując zanadto w znaleziony w książce przepis, w nadziei, że na wariacje przyjdzie czas później :)Bardzo dobrego, ponieważ:
czekolada po zastygnięciu, trzymana w lodówce przykryta folią aluminiową, po wyjęciu z lodówki nie jest zastygnięta na kość, jest powiedziałabym konsystencji średnio twardego cukierka toffi
czekolada po wyjęciu z lodówki, pokrojeniu na porcje, gdy trochę poleży poza lodówką bez przykrycia, robi się dość krucha, coś jak krucha krówka, tylko ciut twardsza ;)
Tak czy siak, ta domowa czekolada nie jest twarda jak kamień i nie złamiemy na niej noża lub zęba (lub jedno i drugie;))
Zmiany, jakie dokonałam w przepisie, to było użycie mniejszej blaszki oraz zamiana orzechów laskowych na włoskie. Ja wymieszałam je z masą czekoladową.Najlepsze i najsmaczniejsze bambino oraz bratanki są z firmy Dr.Gerard.
niedziela, 29 marca 2015
Koniec marca.
Koniec marca.
W
Marcu jak w garncu mówi przysłowie. I taki ten cały miesiąc był
niestety. Przemykały po niebie ciemne chmury, wiosenny deszczyk
nawet się pojawił. Od czasu do czasu pojawiało się cieplutkie
słońce, które ogrzewało nas i zachęcało do spacerów na świeżym
powietrzu. Taka była kapryśna pogoda. Dla mnie ten miesiąc był
smutnym miesiącem choć mieliśmy wesele. Moje dwie przyjaciółki
dowiedziały się, że czeka je poważna operacja. Przykre to jest
pozostało mi je wspierać i odwiedzać je w szpitalu. Na pocieszenie
zaniosłam im zestaw ciastek naszych ulubionych DR GERARDA między
innymi Psotki, Bratanki i Markizy Gold. Zawsze kiedy si spotykamy
przy kawie rozkoszujemy się ich smakiem ponieważ dr Gerard ma duży
wybór produktów i nigdy nam one się nie nudzą. A dziś na
poprawienie sobie humoru postanowiłam, że najlepsze będzie jak coś
smacznego przygotuję dla mojej rodziny na niedzielny obiadek. Zrobię
nasze ulubione danie włoskie Lazanie z pomidorami.
Potrzebne
będzie:
1
opakowanie makaronu lazanii,
75 dag
mięsa mielonego,
4
pomidory bez skóry,
25 dag
pieczarek,
1
cebula,
1 ząbek
czosnku,
bazylia,
oregano,
szczypta
ostrej papryki,
2 łyżki
oliwy,
1
szklanka beszamelu,
30 dag
startego sera żółtego,
sól i
pieprz.
Wykonanie:
Podsmażyć
na oliwie cebulę,czosnek i mięso, dodać posiekane pieczarki i
pokrojone pomidory. Przyprawić solą i papryką, ziołami. Ja daję
zioła prowansalskie, bazylię. Dusić około piętnastu minut.
Makaron zalać wrzątkiem na dwie minuty aby makaron się nie
posklejał. Do żaroodpornego naczynia wlać sos aby przykrył dno
naczynia. Następnie układamy płaty makaronu lazanii, beszamel,sos,
ser. Piec pod przykryciem około 45 minut w temperaturze 200 stopni
C.
Podam
Wam przepis na sos beszamelowy, można go zrobić wcześniej. Tylko
trzeba go przechować w lodowce: 5 dag masła rozgrzać na patelni,
dodać 5 dag mąki pszennej, uzyskując w ten sposób jasną
zasmażkę. Podgrzać jedną czwartą litra śmietany, dodać do
zasmażki, posypać gałką muszkatołową, wymieszać i jest już
gotowa.
Zawsze
jak ją przygotowuje wszyscy nie mogą się doczekać kiedy ja podam.
My na to dajemy sos czosnkowy lepiej smakuje. Życzę Wam smacznego!
Do zobaczenia z DR GERARDEM!!!
piątek, 27 marca 2015
Wielkanoc - radość i smutek.
Witam gorąco w
kolejny wiosenny, choć deszczowy i zimny dzień. Zbliżają się święta. Chyba każdy
wie, że Wielkanoc jest najważniejszym świętem dla Katolików. Nie licząc dzieci.
One wolą gwiazdkę, bo dostaje się lepsze prezenty a na zająca tylko słodycze. Moje
skarby cieszą się, że poznaliśmy produkty „dr Gerard”, a one zawsze są pyszne,
słodkie a ich kształty zabawne. Pewnego razu w moim domu czas ten był
najsmutniejszy, ponieważ jako dziecko spędzałem Wielkanoc w klinice czekając na
poważną operację. I nic nie cieszyło rodziny ani jedzenie, ani prezenty, po
prostu nic. Co gorsza to był czas, gdy telefony były tylko stacjonarne a
komputery przenośne widywano w filmach fantastycznych. Pisząc te słowa robi mi
się jakoś smutno, chyba przegryzę „Markizy Negro” to poprawi mi się nastrój. Niestety
wyżej opisany pobyt w szpitalu nie był jedyny w moim dzieciństwie. Już, jako
pięciolatek poznawałem uroki sześciotygodniowego turnusu w sanatoriach a potem
jeden szpital, drugi i kolejne sanatorium. W tamtych czasach nie był możliwy
pobyt dziecka z rodzicem, więc widywało się kogoś z rodziny raz na dwa tygodnie.
I znowu posmutniałem. Zjem „Patysie zdobione” i oderwę się od tych
nieprzyjemnych wspomnień. Cieszę się, że moje dzieci nie znają takiego życia
między domem, szpitalem a sanatorium. Syn ma szczęście i poza złamanym palcem
od nogi nie miał kontaktu ze szpitalem. Córka niestety miała pecha i już, jako
tygodniowe dziecko trafiła z zapaleniem płuc na oddział dziecięcy a potem w
drugim roku życia z zaostrzeniem astmy. I teraz jest na stałych lekach dla
astmatyków. Jedna i to pozytywna różnica jest taka, że z naszymi dziećmi zawsze
było jedno z rodziców. Gdy jedno szło do domu albo na zakupy to drugie
przebywało z dzieckiem. W oczekiwaniu na przyjście rodzica można było przekąsić
ciastko firmy „dr Gerard”, które cała nasza rodzina wręcz uwielbia. Mimo wszystko
okres pobytu córki w szpitalu, należy do trudnych i dość nerwowych, wiąże się z
pogorszeniem stanu jej serca. Pamiętam jak rosła tęsknota syna za siostrą i
mamą. Mam nadzieję, że moje pociechy będą rzadkimi gośćmi ośrodków zdrowia. Chciałbym
sobie i Wam wszystkim życzyć zdrowia, radości, uśmiechu, na co dzień i aby
słodycze takie jak „Markizy Negro” czy „Patysie zdobione” zawsze wprawiały nas
w dobry nastój.
Ale wyszło smutno, przepraszam.
Pyszne amoniaczki
Witam. Z całą moją rodziną
uwielbiamy ciasteczka, ciasta , torty. Jak tylko możemy to wspólnie pieczemy.
Mamy wtedy dużo czasu, by porozmawiać ze sobą. Rozdzielamy czynności na każdą
osobę. Mamy przy tym niezłą zabawę. Jak nie mamy czasu na pieczenie, wyruszmy
do sklepu na zakupy. Wybieramy ciasteczka , te które najlepiej nam smakują.
Mamy swoją ulubioną firmę, jest nią firma ,,Dr Gerard’’. Ostatnio
kupiliśmy Rogaliki pudrowe oraz listki
dekoracyjne zdobione. Usiedliśmy wygodnie na sofie, z kupkami gorącej herbaty i
zajadaliśmy je ze smakiem, opowiadając o
przygodach z ostatnich dni. Kiedy przyszła sobota, zarządziłam upieczenie ciasteczek.
Wybraliśmy ciasteczka amoniaczki. Pamiętam ich smak z dzieciństwa, chociaż przy
pieczeniu, amoniak wydaje nieprzyjemne zapachy. Ale smakują wybornie. Najlepiej byłoby zrobić ciasto na noc i
wstawić do lodówki, wtedy będą jeszcze bardziej rozpływać się w ustach. Na
ciasto potrzebujemy: 1 kg maki, 1 kostka smalcu, 1 kostka margaryny, 1 szklanka
gęstej śmietany, jedna szklanka cukru kryształu, trzy jaja całe, dwa żółtka,
pięć dkg amoniaku, dwie torebki cukru waniliowego, szczypta soli. Dodatkowo
potrzebne będą nam, według gustu , mleczna czekolada ,, Dr Gerard’’, gruby
cukier kryształ. Mąkę przesiewamy,
dodajemy smalec i margarynę. Siekamy nożem. Powinna powstać kruszonka. Dodajemy
cukier i cukier waniliowy, sól, amoniak, wszystko ze sobą łączymy. Dodajemy 3 całe jaja
i dwa żółtka oraz gęstą śmietanę. Wlewamy ja podczas zagniatania ciasta. Ciasto
nie powinno być rzadkie, ani zbyt gęste,
Tak przygotowane ciasto wkładamy do lodówki. Po jego schłodzeniu lub na
drugi dzień, ciasto rozwałkowujemy na cienkie placki i wykrawamy różnego
rodzaju foremkami ciasteczka. Jedną stronę ciastek maczamy w grubym cukrze.
Przygotowujemy blachy, smarując je tłuszczem i posypujemy mąką, aby się nie
przyklejały. Na przygotowane blachy kładziemy ciastka. Pieczemy je w 180
stopniach na złoty kolor. Uwaga: ciastka szybko się pieką. Po upieczeniu się,
studzimy. Według gusty: skraplamy je rozpuszczoną polewą czekoladową . Jeżeli
będziemy trzymać je w odpowiednim miejscu, mogą długo poleżeć. U mnie jednak w
domu szybko znikają. Jak już mi zabraknie domowych amoniaczków , schowane mam w
szafce Kubanki kokosowe i Psotki ,, Dr Gerard’’, które dobre są na każdą okazję.
Pozdrawiam.
kokosowy mazurek
Najlepsze i najsmaczniejsze rogaliki pudrowane oraz rogaliki zdobione są z firmy Dr.Gerard.Kokosowy mazurek na waflach. Składniki na 12 porcji:1/2 opakowania wafli
2 tabliczki białej czekolady
10 dag wiórków kokosowych uprażonych na suchej patelni
15 dag masła
3 łyżki ajerkoniaku lub likieru malibu
kilka kulek Raffaello do dekoracji mazurka
gotowe cukrowe listki i różyczki oraz pisaki cukrowe do dekoracji
Sposób wykonania:
1. Czekoladę połam, rozpuść na parze. Miękkie masło utrzyj na puch. Stale ucierając, dodawaj małe porcje czekolady. Gdy powstanie gęsty krem, dodaj wiórki kokosowe i alkohol. Dokładnie wymieszaj.
2. Odłóż kilka łyżek kremu do dekoracji, a resztą przełóż wafle. Na nich ułóż deskę i ustaw niewielki garnek z wodą, aby obciążyć cały mazurek.Odstaw na godzinę.
3. Po upływie tego czasu zdejmij z mazurka garnek oraz deskę. Wierzch ciasta posmaruj odłożonym kremem. Fantazyjnie udekoruj cukrowymi listkami i różyczkami oraz kulkami Raffaello. Na środku ciasta kolorowymi pisakami cukrowymi wypisz „Alleluja”. Pozostaw jeszcze na 2 godziny do zastygnięcia.Najlepsze i najsmaczniejsze rogaliki pudrowane oraz rogaliki zdobione są z firmy Dr.Gerard.
czwartek, 26 marca 2015
koszyczek
Bambino i bratanki z firmy Dr.Gerard.Koszyczek wielkanocny - SKŁADNIKI:4 szklanki maki pszennej typ 500 Młyn Kopytowa,drożdże świeże 25 g ( suszone 7 g )
mleko 1 szklanka,letnia woda pół szklankisól 1/2 łyżeczki,2łyżkii cukru,jajko 1 szt,margaryna 150 g rozpuszczona
Dodatkowo :1 jajo do posmarowania koszyczka
Koszyczek wielkanocny - PRZYGOTOWANIE:
Do miski wsypujemy przesianą mąkę . Podgrzewamy połowę mleka ( ma być ciepłe , nie gorące ) , dodajemy z kruszone drożdże i łyżkę cukru , mieszamy , aż drożdże się rozpuszczą . Rozpuszczone drożdże wlewamy do wgłębienia w mace. Delikatnie mieszamy , tak aby powstała zawiesina. Zostawiamy pod ściereczką na 20 minut aby drożdże zaczęły pracować . Po 20 minutach wlewamy resztę mleka ( podgrzewamy aby było ciepłe ). Dodajemy pozostały cukier i sól . Wbijamy jajo i zagniatamy ciasto ( ma być elastyczne) Zostawiamy pod ściereczka do wyrośnięcia ( 1-1.1/2 godziny ) Ciasto wałkujemy trochę grubsze jak na makaron. Kroimy paski 1.1/5 cm dosyć długie , tak aby można było przełożyć przez miskę z jednego końca na drugi. Dosyć gęsto kładziemy na przemian, aż do zapełnienia miejsca . Pamiętajcie by miskę obłożyć folią aluminiową i wysmarować olejem. Najpierw kładziemy pionowe paski , a potem poprzeczne. Na koniec wycinamy kółko i kładziemy na górę przyciskając . Smarujemy rozbełtanym jajem. Pieczemy 20-25 minut w 180 stopniach.Bambino i bratanki z firmy Dr.Gerard.
Najsmaczniejsze markizy
Witam. Czasami napada mnie łakomstwo.
Muszę zjeść coś słodkiego. Sięgam po moje zapasy, ukryte przeze mnie ,przed
sama sobą, śmieszne ale prawdziwe. Kiedy mam takie słabe chwile ,liczę na
zaniki pamięci podczas ich szukania. Mam schowane najsmaczniejsze ciasteczka
tj. Pasja kokos i Pasja advocat mojej ulubionej firmy ,,Dr Gerard’’. Pamiętam, jak pewnego dnia naprawdę
zapomniałam, gdzie je schowałam, i czy na pewno je mam. Była noc, sklepy
pozamykane a ja nie miałam swoich najlepszych biszkopcików. Nie wiedziałam co
zrobić, krążyłam po kuchni i wpadłam na pomysł upieczenia czegoś. Wzięłam
zeszyt z mamy przepisami i otworzyłam na jakiejś stronie, to był czysty
przypadek, że trafiłam na markizy czekoladowe. Ucieszyłam się. Nie wiedziałam,
że ten zeszyt zawiera tyle fantastycznych przepisów, rzadko do niego
zaglądałam. Spojrzałam na zegarek i stwierdziłam, że nie jest jeszcze tak późno.
Mogę pobawić się w pieczenie. Tym bardziej , że przydadzą mi się one na
jutrzejszy dzień. Idę do koleżanki popracować. Razem robimy projekt naszego
,,zielonego podwórka,, ciasteczka i kawka to dobrana para przy ciężkim myśleniu.
Oto przepis mojej mamy i od tamtego czasu i mój. Składniki na 30 sztuk: 1 i 1/4
szklanki mąki pszennej,1/2 szklanki kakao,1 łyżeczka sody oczyszczonej,1/4
łyżeczki proszku do pieczenia,1/4 łyżeczki soli,1 i 1/4 szklanki ciemnego cukru
, ale jak nie macie może być zwyczajny kryształ,145 g masła,1 duże jajko. Jak
zwykle najlepiej jak te składniki wyciągniemy wcześniej z lodówki, by miały
jednakową pokojową temperaturę. Masło umieścić w misce miksera, dodać cukier i
utrzeć do białości i puszystości. Dodać jajko, ucierając. Dodać suche składniki
i zmiksować. Z masy robimy kulki wielkości małego orzecha włoskiego i układać
na blaszce wyłożonej matą teflonową lub papierem do pieczenia w sporych
odstępach - mocno rosną. Lekko spłaszczyć. Piec w temperaturze 190°C przez
około 9 minut. Wyjąć, poczekać chwilę, aż stwardnieją i przełożyć do
wystudzenia. Teraz podam składniki na masę do przełożenia: 110 g masła,2
szklanki cukru pudru (dodałam mniej) 2 łyżeczki ekstrakty waniliowego. Masło
przełożyć do miksera, dodać cukier. Ucierać do powstania gładkiej, jasnej,
puszystej masy. Pod sam koniec dodać ekstrakt z wanilii, utrzeć. Kremem
przełożyć wystudzone ciastka. I gotowe. Takie markizy można zrobić jasne, i
wtedy przełożyć masą czekoladową . Można rozpuścić w kąpieli wodnej najlepszą
czekoladę mleczną ,,Dr Gerard’’ i polać nią ciasteczka. Szybko mi poszło
pieczenie i powiem szczerze, że robiąc je nie miałam na nie ochoty, chyba
wystarczył mi tylko ich zapach. Jednak kolejnego dnia, odwiedzając koleżankę i
pracując z nią kilka godzin, zjadłyśmy ichsporo. Koleżanka wyłożyła na talerz
swoje ciastka. Były to Psotki i Bambino. Pozdrawiam.
Wiosenne oczyszczanie.
Wiosenne
oczyszczanie.
Wiosenne
oczyszczanie. Każda z nas na wiosnę chce być piękna
i zadbana. Możemy
wieczorem zaobserwować jak niektóre panie biegają, ćwiczą,
gimnastykują się. Druga grupa spaceruje z popularnymi kijkami czyli
chodzą na nordic walking. Ja należę do tej drugiej grupy.
Codziennie, jak Wam pisałam chodzę przez około półtorej godziny,
szybkim krokiem. Opowiedziałam Wam o moich ćwiczeniach, zmaganiach
przed weselem na blogu DR GERARDA. Efekty już są widoczne, choć Ja
muszę się przyznać, że niestety
się nie stosuję do żadnej diety, ale codziennie do kawy lubię
pochrupać najlepsze ciastka Bratanki lub Markizy Gold dr Gerarda. Na
wiosnę trzeba nabrać pewności siebie, energii, sił wewnętrznych.
Często się uśmiechać do siebie i do ludzi, poczuć się piękną.
Mam dobrą radę dla Was wszystkich. Nie tylko dla Pań ale także
dla Panów. Najpierw jak wstajemy rano to robimy taką prostą
czynność czyli uśmiechamy się do siebie! Stajemy przed lustrem i
mówimy sobie : jaka Ja jestem szczupła i piękna! Dzisiaj będzie
dobry dzień! Od razu poczujemy się lepiej. Teraz robimy sobie
śniadanie, potem aromatyczną kawę lub herbatę, jak zdrową to
zieloną lub czerwoną. Szykujemy sobie rogalika pudrowego lub mini
rogalika zdobionego DR GERARDA. Jak ktoś ma wolny dzień i wysłał
już dzieci do szkoły a męża do pracy to zachęcam Was wszystkie
Panie do zrobienia sobie leniwego dnia dla siebie. Najpierw najlepiej
pójść na spacer do parku lub pojechać rowerem do lasu. To świetny
relaks. Potem włączmy sobie ulubioną muzykę. Zróbmy sobie
oczyszczanie twarzy połączone z parówką. Najlepiej ją stosować
raz w tygodniu. Zalać wrzątkiem mieszankę ziół ( rumianek, liść
szałwii czy kwiaty lipy) każdy najlepiej swoje ulubione. Nakrywamy
ręcznikiem głowę i się nachylamy nad miską. Zostajemy tak z pięć
minut. Potem nałóżmy sobie ulubioną, pachnącą maseczkę Ja
lubię różaną. Tak możemy choć raz zacząć dzień. Potem
dopiero weźmy się za prace domowe i swoje codzienne obowiązki.
Miłego dnia!
środa, 25 marca 2015
ŚWIĄTECZNE SPRZĄTANIE
ŚWIĄTECZNE SPRZĄTANIE
Już za chwilę Święta Wielkanocne i trzeba gruntowniej posprzątać mieszkanie. Lubię zapach świeżo umytych okien i leciutko wykrochmalonych firanek. Wyglądając przez takie okna, świat wydaje się piękniejszy i weselszy. Co prawda takie porządki są dla mnie złem koniecznym, ale i tym razem jakoś przez nie przebrnę. Któregoś dnia muszę wybrać się do sklepu i uzupełnić potrzebne środki czystości. Chciałabym jeszcze pomóc w tych obowiązkach mamie, bo przecież ona jak zawsze zajmie się przygotowaniem świąt od strony kulinarnej. Pokój ozdobiony świątecznymi akcesoriami wygląda jaśniej, przestrzenniej, nastrojowo. W sklepach pojawiło się mnóstwo świątecznych ozdób. Zauważyłam, że produkty z firmy Dr Gerard również mają ładne świąteczne opakowania. Wszystko wygląda wiosennie i kolorowo. Muszę kupić trochę więcej słodkości z mojej ulubionej firmy, aby zabrać część ze sobą, gdy pojadę na święta do mamy. Na pewno dzieciarnia w lany poniedziałek zjawi się pod drzwiami i trzeba będzie się wykupić smacznymi ciasteczkami. Jestem przekonana, że kilka opakowań Bambino i Patysi załatwi sprawę. Dzieci dobrze wiedzą, co jest dobre i z przyjemnością dadzą się przekupić słodyczami z firmy Dr Gerard. Postanowiłam jeszcze zrobić sernik gotowany na spodzie z markiz lub herbatników z mojej ulubionej firmy. W pracy pewnie też przygotujemy jakiś słodki poczęstunek. Zawsze milej złożyć sobie życzenia w ładnie ozdobionym świątecznie pokoju i spokojnie chwilę porozmawiać przy zastawionym stole. Trzeba uzgodnić z koleżankami, które tym razem ciasteczka zawitają na nasz stół. Wybór jest tak ogromny, że trudno podjąć decyzję, które wybrać. Ja tym razem postawiłabym na Mafijne Black i Pasję kokos. Wiadomo, że wszyscy pracownicy je lubią. Szef również preferuje ciasteczka z Dr Gerarda i myślę, że znajdzie czas, aby na chwilę usiąść z nami przy słodkim poczęstunku. Nigdy nie stroni przy takich okazjach od kontaktu z pracownikami. Dobrze, że sprawę sprzątania w pracy mamy z głowy. Tym akurat zajmuje się firma sprzątająca, tak więc zostaje nam dekoracja i spotkanie przy kawce. A to już czysta przyjemność.
Udręki rowerzystów.
Witam serdecznie drogich czytelników. Odprowadziłem dzieci do szkoły i przedszkola, zjadłem śniadanie przegryzłam „Listek deserowy zdobiony” to takie pyszne ciasteczko posypane cukrem i polane czekoladą, bardzo smaczne. Więc teraz mogę usiąść do komputera i napisać kilka słów. Przyszła wiosna, słoneczko pięknie grzeje i zrobiło się niebezpiecznie na drogach i chodnikach. I to nie tylko ze względu na motocyklistów, ale też na spacerujące rodziny. Osobiście uwielbiam spacery z żoną i dziećmi i słodyczami „dr Gerard”, ale to, co wyprawiają babcie z wnukami to przechodzi ludzkie pojęcie. Ostatnio miałem wątpliwą przyjemność spotkania oko w oko z pielgrzymką spacerowiczów. Jadąc z synem na krytą pływalnię, tradycyjnie na ostatnią chwilę, musiałem się spieszyć i jak na złość spotkałem na drodze rowerowej dwie babcie z wózkami a dzieci biegały sobie po chodniku i po ścieżce. Kobiety były tak zajęte smarowaniem tyłków sąsiadkom, że nie widziały, że ich podopieczne wbiegły mi pod koła. Zahamowałem w ostatniej chwili. Cały mokry ze strachu, że przejadę dzieci. Serce mi waliło a ręce się trzęsły. A opiekunki pobladły jeszcze bardziej niż ja. Dobrze, że miałem ciastka „Bambino” i mogłem poczęstować te przestraszone rozpłakane przedszkolaki, ale babciom powiedziałem kilka ostrych słów. Niestety to nie jest pojedynczy przypadek, w naszym mieście piesi nie szanują ani rowerzystów ani dla nich wyznaczonych tras. Na każdym kroku jadąc jednośladem napotykamy na ludzi idących po czerwonej trasie i na dodatek albo udających, że nie wiedzą, czemu się dzwoni albo oburzonych wielce, że muszą uważać na jadących. Jeszcze gorsi są właściciele psów. Idą sobie jedną stroną chodnika i żeby nie chodzić za czworonogiem to prowadzą go na rozwijanej smyczy. A psinka wędruje od jednego do drugiego krawężnika, albo puszcza się w pogoń, nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o tym, że na każdym chodniku i ścieżce musimy uprawiać slalom między psimi kupami, ohyda. Można dostać nerwicy jadąc rowerem, a ma być to przyjemne i zdrowe. Często mam przy sobie słodki produkt firmy „dr Gerard”, aby ukoić nerwy i na poprawę samopoczucia. Zawsze po przejażdżce muszę uzupełnić poziom cukru. I te produkty idealnie się do tego nadają.
Pozdrawiam wszystkich rowerzystów i życzę Wam i sobie spokojnych i przyjemnych chwil na rowerze. L. K.
wtorek, 24 marca 2015
Czekolada i karmel
Witam. Jutro
wybieram się na urodziny mojej babci. Nie wiedziałam jaki prezent można kupić
osobie , która ma już przysłowiowe wszystko. Postanowiłam upiec ciasto. Moja
babcia przepada, za karmelem połączonym z czekoladą. Czasami kupuje gotowy w
sklepie i do tego najlepszą mleczną czekoladę firmy ,, Dr Gerard’’. Babcia Często kupuje Mafijne Black oraz
Mafijne Choco i tym się zajada, a potem narzeka , że cukier jej podskoczył.
Zabieram się do pracy. Myślę , że w dwie godziny wyrobię się ze wszystkim. Na
ciasto kruche potrzebowałam: 2 szklanki mąki pszennej, pół łyżeczki sody,
szczypta soli, 1 łyżka cukru,2 jajka, pół kostki zimnego masła, ćwierć szklanki
bardzo zimnej wody. Zmiksowałam wszystkie składniki, na jednolitą masę. Ciasto
powinno wyglądać jak kruszonka. Można robić to na stolnicy rękoma. Jak ciasto
zacznie się kleić to czas zakończyć z nim zabawę. Utworzyć placek i włożyć do
lodówki i schłodzić. Powinno to trwać około 30 minut. Teraz przygotuję karmel.
Do tego potrzebuję: 10 łyżek cukru,10 łyżek wody, duża szczypta soli morskiej,
ćwierć kostki masła,100 gram twarożku kanapkowego, gładkiego, tłustego. Cukier
i sól rozpuszczam w wodzie, garnek wstawiam na ogień, gdy się zagotuje
zminimalizowałam ogień i zostawiam. Nie mieszam. Zaglądałam czasem, ale nie
mieszałam. Musi zgęstnieć i się zabrązowić. Gdy poruszałam garnkiem karmel miał
kleistą konsystencję. To stało się po ok.45-60 minutach. Kiedy był gotowy,
wyłączyłam ogień i wrzuciłam po kawałku masło, po każdym wrzucie mieszałam trzepaczką.
Potem dokładałam twarożek i ucierałam. Utworzył się fajny karmel. Odstawiłam
go. W czasie kiedy karmel się jeszcze gotował,
wyjęłam ciasto z lodówki, położyłam na folii, nakryłam folią i
rozwałkowałam cienko, na grubość 5 mm.
Przełożyłam ciasto na foremkę tortową, polecam taką z ruchomym dnem.
Wyrównałam, dokleiłam w brakujących miejscach, odcięłam brzegi, uzupełniłam
ścianki. Gdy wypełniłam blaszkę, przykryłam folią aluminiową, zasypałam
obciążnikami np. ryżem, fasolą. Odstawiłam ciasto znów do lodówki i nastawiłam piekarnik na 190 stopni.
Wstawiłam do piekarnika , kiedy się nagrzał. Piekłam 20 minut. Potem zdjęłam
obciążniki i podpiekłam jeszcze 5 minut. Czas na czekoladę. Można kupić gotową
firmy ,,Dr Gerard’’, dodać mleka i masła
i rozpuścić ją. Gdy upieczesz spód,
wylej na niego cały karmel, rozsmaruj. Jeśli masz czas, schłodź odrobinę
i dopiero wylej czekoladę. Odstaw do lodówki na jakiś czas. Przed podaniem
warto wyciągnąć z lodówki, jakieś 15 minut przed podaniem, ale przechowuj je w lodówce. Moje nie postoi. Zaniosłam je
mojej babci, była zachwycona. Powiedziała mi, że właśnie takie lubi prezenty,
zrobione przez kogoś własnoręcznie. Zauważyłam, że na stole leżały już
ciasteczka. Rozpoznałam najsmaczniejsze Markizy Gold i Markizy Negro, ulubionej mojej firmy ,, Dr Gerard’’.
Pozdrawiam.
SALON FRYZJERSKI
SALON FRYZJERSKI
Moje wyniki badań krwi są dobre, mieszczą się w normie. Lekarz zasugerował stopniową poprawę kondycji przez zwiększenie czasu spędzanego na świeżym powietrzu i dwie godzinki basenu w tygodniu. Poczucie zmęczenia powinno ustąpić. Myślę więc, że pozostanę przy nordic walking, a siłownię zamienię na basen. Czas również zadbać o skórę, paznokcie i włosy. Umówiłam się na wizytę w salonie fryzjersko-kosmetycznym. Faktycznie, moje włosy powinny odzyskać swój blask i nabrać nowego kształtu. Nowa fryzura zawsze wprawia mnie w pogodny nastrój. W sobotnie przedpołudnie z przyjemnością poddałam się zabiegom odnowy, hihihi. Wraz z innymi paniami wygodnie siedziałam w fotelu z różnymi balsamami, odżywkami na włosach i przeglądałam kolorowe czasopisma. Obsługa salonu poczęstowała nas filiżanką kawy, choć niektóre z pań wolały herbatę. Drobiazg, ale skutecznie umilił czas spędzony w tym miejscu. Jakie było moje zdziwienie, kiedy do kawy dostałyśmy również słodycze, od razu rozpoznałam, że pochodzą z firmy Dr Gerard. Na niewielkiej paterze leżały Rogaliki pudrowe i Kubanki kokosowe, wszystko świeże i pachnące. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie skomentowała tego faktu. Nie spotkałam się jeszcze w żadnym salonie ze słodkim poczęstunkiem, kawa lub herbata owszem, ale ciasteczka nigdzie. Ze szczerym uśmiechem przyznałam się, że uwielbiam słodycze z firmy Dr Gerard i regularnie uzupełniam ich zapas. Kilka klientek salonu zapytało mnie, które najlepiej mi smakują i czy cena tych wszystkich pyszności jest przystępna. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że tak naprawdę lubię wszystkie ciasteczka z tej firmy, ale poleciłam paniom spróbować czekoladek na ciasteczku biszkoptowym, wypełnionych nadzieniem śmietankowo-wiśniowym o zabawnej nazwie Wilczy Apetyt. Warte spróbowania są również Bratanki, kruche markizy przełożone kremem śmietankowym i posypane cukrem. Natomiast jeśli chodzi o cenę, to uważam, że jest adekwatna co do jakości kupowanych produktów. Tak więc tylko kupować i próbować, znaleźć swój ulubiony przysmak. Po trzech godzinach opuściłam z żalem wspomniany salon, obiecując sobie, że jeszcze tu wrócę. Usługi na wysokim poziomie, fachowy personel i przyjemne towarzystwo. Do tego rezultat zabiegów był wręcz niesamowity, z zadowoleniem spoglądałam w lustro. Szkoda, że Filip nie może mnie teraz zobaczyć..
poniedziałek, 23 marca 2015
Inny?
Witam ciepło w
wiosenny, lecz zimny dzień. Jak mówi przysłowie „ W marcu jak w garncu”. I znów
stara ludowa mądrość się sprawdza. Co dzień to temperatura albo w górę albo w
dół. Nawet w ciągu dnia rano na minusie a w południe kilkanaście stopni plus. Jedno
jest pewne przysmaki „dr Gerard” zawsze są smaczne i na wysokim poziomie, nie to,
co ciśnienie. A potem człowiek albo senny, albo głowa boli, albo energia
rozpiera. Ja to chyba jestem wrażliwy na warunki atmosferyczne, najchętniej to
leżałbym w łóżku i „Kubanki kokosowe” ze mną, a moje drugie ja, mój wewnętrzny
głos apeluje rusz się, weź rower, jedź gdzieś, dobrze, że mam muzykę i musze
grać w domu oraz jeździć na próby i koncerty. Właśnie wczoraj kolega przesłał
mi link na YouTube, na obszerny reportaż z naszego koncertu. To krew w żyłach
aż się zagotowała, w biegu odpaliłem kompa, zabrałem z szafki „Mafijne Black” i
zasiadłem do oglądania i słuchania naszego koncertu z przed miesiąca. Z drugiej
strony to miłe, jak inni, czyli słuchacze wrzucają do netu naszą muzykę, i nie
po to by wyśmiać, lecz by pokazać innym kawał fajnej muzyki. Przepraszam, że
dla wielu mogę być, co najmniej mało skromny, ale co mogę zrobić, że kocham
grać, kocham koncertować i cieszę się, gdy widownia jest zadowolona. I tak
prawie do północy przesiedziałem oglądając ponad godzinny materiał i jedząc
ciastka „dr Gerard”. Tylko rano, gdy trzeba wstać i iść po chleb i bułki to nie
mogę podnieść głowy z poduszki. To wszystko przez to niskie ciśnienie za oknem,
i gdy już zejdę do sklepu i wyczekam swoje w kolejce, to zastanawiam się czy ja
jestem jakiś dziwny. Obserwując klientów doszedłem do wniosku, że jako jedyny
facet kupuję pieczywo i ciastka „Mafijne” czy „Kubanki” a inni panowie
wybierają sto gram lub dwieście czystej albo gorzkiej lub kuflowe czy tatrę. A ja
jak z obcej planety wychodzę ze sklepu z chlebkiem i dwoma bułkami. I nie po to
by przefiltrować metylowy alkohol o fioletowym zabarwieniu, lecz po to byśmy mogli
zjeść świeże pieczywo na śniadanie.
mazurek
Najlepsze i najsmaczniejsze rogaliki pudrowane oraz rogaliki zdobione są z firmy Dr.Gerard.Składniki na ciasto kruche:175 g mąki pszennej,25 g cukru pudru
100 g masła, schłodzonego,1 łyżka kwaśnej śmietany 18%,1 żółtko
Dodatkowo:gwiazdki z mlecznej czekolady
Na papierze do pieczenia odrysować formę tortownicę o średnicy 21 cm. Powstały okrąg wydłużyć/powiększyć z jednej strony na kształt pisanki/jajka, wyciąć wzorzec.
Wszystkie składniki na ciasto umieścić w malakserze i wyrobić/zmiksować (można też wyrobić ręcznie). Ciasto uformować w kulę, owinąć folią i włożyć do lodówki na 1 godzinę.
Po tym czasie ciasto rozwałkować na grubość około 3 - 4 mm i wyciąć z niego kształt pisanki - do rozwałkowanego ciasta przyłożyć wzorzec wycięty z papieru i wyciąć pożądany kształt. Wyciętą pisankę przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Z pozostałego ze ścinków ciasta ukształtować wałeczek i przykleić do zewnętrznej krawędzi ciasta. Ciasto ponownie schłodzić w lodówce przez 30 - 60 minut.
Przed samym pieczeniem ciasto ponakłuwać widelcem. Piec około 15 minut w temperaturze 200ºC, do zarumienienia. Wyjąć, wystudzić na kratce.Najlepsze i najsmaczniejsze rogaliki pudrowane oraz rogaliki zdobione są z firmy Dr.Gerard.
niedziela, 22 marca 2015
NIESPODZIANKA
NIESPODZIANKA
Teraz już odrobinę spokojniejsza o życie Filipa postanowiłam sama zadbać o swoje zdrowie i zrobić niezbędne badania. Chcę znaleźć przyczynę mego nieustannego zmęczenia. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Siedząc w poczekalni osiedlowej przychodni przeglądałam kolorowe czasopismo umilając sobie w ten sposób dłużący się czas oczekiwania. Nagle usłyszałam wyczytane przez pielęgniarkę znajome nazwisko, podniosłam wzrok i aż pisnęłam z radości. Do gabinetu lekarza zmierzała moja dawno nie widziana koleżanka prowadząc pod rękę swoją mamę. To była prawdziwa niespodzianka, bo Aśka już od kilku lat mieszkała zagranicą. Nie miałam pojęcia, że przyjechała. Ona również mnie zauważyła. Przechodząc obok szepnęła, że pogadamy jak wyjdzie. Moje podekscytowanie tym spotkaniem od razu dodało mi wigoru. Umówiłyśmy się na ploteczki na kolejny dzień. Czas spędzony w towarzystwie Aśki mijał zbyt szybko. Siedziałyśmy popijając nieznaną mi markę kawy, którą koleżanka wręczyła mi przy wejściu. Jej wyszukany smak i aromat świetnie pasował do wyłożonych przeze mnie ciasteczek z firmy Dr Gerard. Aśka z uznaniem smakowała ciasteczka Bambino i Listki deserowe zdobione. Zapytała z figlarnym uśmiechem, czy zawsze mam tak wyszukany gust w doborze słodyczy, czy może to wyłącznie z okazji jej przybycia, hihihi. Z łobuzerskim błyskiem w oku odpowiedziałam, że uwielbiam słodycze z tej firmy i na dowód tego poczęstowałam ją jeszcze czekoladką na kruchym ciasteczku wypełnionym przepysznym kremem o smaku adwokat. Firma produkująca takie cuda nazywa się Dr Gerard, a wspomniane przeze mnie czekoladki to Pasja advocat, nie wyjęłam ich na stół, bo zostały tylko dwie sztuki. Oczywiście, od razu było wiadomo, co stało się z pozostałymi, hihi. Te czekoladki są wyjątkowe, smakują po prostu rewelacyjnie i nigdy nie mogę oprzeć się pokusie, kiedy wiem, że leżą sobie spokojnie w moim barku. Wczoraj oglądając z przejęciem jakiś film zjadłam prawie wszystkie, ocalały tylko te dwie z całego opakowania. Aśka po spróbowaniu jednej od razu podzieliła moje zdanie. Wieczór minął nam bardzo przyjemnie, mimo długiego czasu, który minął od naszego ostatniego spotkania, nie miałyśmy problemu ze znalezieniem wspólnych tematów. Rozstałyśmy się późnym wieczorem z żalem, ale szczęśliwe z powodu tak miłego, nieoczekiwanego spotkania.
Parapetówka. Tort migdałowo - orzechowy.
Tort migdałowo -
orzechowy. Parapetówka.
Witam
wszystkich w tym słonecznym a zarazem mroźnym dniu. Ja tylko
wyszłam na mały wiosenny spacer a już zmarzłam. Właśnie pije
smaczną herbatkę z czarnym bzem, który jesienią skrupulatnie
zbierałam, obierałam i robiłam z niego pyszny rozgrzewający sok.
Do tego zajadam najlepszy rogalik pudrowany dr Gerarda. Przeglądam
przepisy i co mam upiec na dzisiejszą parapetówkę do młodej pary.
Minął już tydzień od wesela idziemy zobaczy jakie mają
mieszkanko a zarazem poprawiny. Mięsa im mnóstwo zostało, napoi
też no i tych rozgrzewających. Ja postanowiłam zrobić tort
migdałowo- orzechowy przyozdobiony będzie listkami deserowymi lub
listkami deserowymi zdobionymi bo te są z czekolada Dr Gerarda.
Podam wam dzisiaj przepis na ten przepyszny tort.
Produkty:
- 1
spód orzechowy czyli 250g orzechów lekko przysmażonych na patelni
i ponownie ostudzonych orzechów laskowych i dodatkowo najlepiej
zmielonych.
- 6
jaj,
-
starta skorka z jednej cytryny lub jeden zapach cytrynowy,
- 80 g
cukru.
Wykonanie
spodu:
Jeśli
ktoś chce najlepiej zmielić orzechy. Rozbić jajka, oddzielić
żółtka od białek, 4 żółtka wraz ze skórką cytrynową wrzucić
do miski. Masę żółtkowo – cytrynową utrzeć najlepiej mikserem
na krem. Dodać połowę porcji orzechów. Z wszystkich białek ubić
sztywną pianę, powoli dodawać cukier. Następnie pianę dodać
do masy żółtkowej a po wymieszaniu i wsypać resztę orzechów.
Wylać ciasto do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia, piec
około 30 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.
- pół
litra śmietany,
- 3
torebki usztywniacza do śmietany,
- 1
łyżka cukru,
- 50 g
orzechów laskowych.
Na
polewę:
- 150 g
masy nugatowej,
- 50 g
margaryny,
Prócz
tego:
50 g
płatków migdałowych do posypania brzegów
kilka
ciastek listków deserowych Dr Gerarda do przyozdobienia.
Wykonanie:
Spod
orzechowy przekroić na trzy warstwy. Śmietanę ubić z cukrem i
usztywniaczem, wsypać orzechy, resztę śmietany nałożyć na obie
dolne warstwy, następnie złoży z n8ich wszystkich tort. Nugat
rozpuścić z margaryną. Posmarować nią górną warstwę tortu a
boki resztą śmietany. Udekorować.
Jest
przepyszny, choć trochę pracochłonny jak każdy tort. Mam co
zabrać na pewno będzie świetna zabawa. Do zobaczenia na blogu!
sobota, 21 marca 2015
Dzień wagarowicza.
Witam
serdecznie wszystkich internautów. Dzisiaj pierwszy dzień kalendarzowej wiosny.
Po uczniowsku dzień wagarowicza. I co, dzieci w sobotę do szkoły nie chodzą i
co po takim święcie. Ja osobiście poszedłbym na wagary tak jak przed laty,
tylko że do szkoły nie uczęszczam a z obowiązków domowych i z opieki nad
dziećmi to raczej się nie urwę. Więc przy sprzątaniu podjadałem ciastka „Pasja
advocat” od „dr Gerard”, aby poprawić sobie samopoczucie. Gdy byłem w wieku
szkolnym to były piękne czasy w pierwszy dzień wiosny zamiast na lekcje jechało
się z kumplami do Torunia albo Bydgoszczy, w poszukiwaniu wiosny. Albo wszyscy
chłopaki z klasy wyszliśmy na podryw do parku. Strach był czy nie wyniknie
jakaś bójka z uczniami innych szkół. W tamtych latach nie znano jeszcze
najlepszych słodyczy „dr Gerard” i nie było zbyt dużego wyboru w słodyczach. A teraz
są te przysmaki, i inne różne ciekawostki tylko, że dzieci nie wiedzą, co to
dzień wagarowicza. A jako ojciec ośmioletniego syna raczej wolę, aby
uczestniczył w lekcjach i był na bieżąco z materiałem. Jak to się człowiek
zmienia! Kiedyś nawoływałem do blałki a teraz, odpowiedzialny ze mnie człek. Tylko
apetyt na słodycze się nie zmienił, więc kupiłem „Patysie śmietankowe” i
zabieram dzieci na spacer do parku. Ciekawy jestem, kiedy moje dzieci odkryją
możliwość wagarowania. Zastanawiam się, jak by wyglądała nowoczesna marzanna. Myślę,
że nie byłaby zrobiona ze starych ubrań mamy i słomy tylko przypominałaby
postacie z Minecrafta albo Marvela albo jakąś Dodę lub Violettę. I jak
wcześniej pisałem wybraliśmy się na rodzinny spacerek, nad stawkiem gdzie zawsze
karmimy kaczki i ryby, przysiedliśmy na chwilkę, aby zjeść „Pasję” i
zobaczyliśmy grupę młodych ludzi. Okazało się, że to uczniowie ze szkoły
zaocznej i właśnie zerwali się z wykładów, aby w godny sposób uczcić dzień
wagarowicza. Byli bardzo towarzyscy i przyjacielscy więc poczęstowaliśmy ich
ciastkami „Patysie śmietankowe” a oni zrewanżowali się, tanim winem z marketu. Jako
odpowiedzialny ojciec i mąż podziękowałem za ten szlachetny trunek i
pożegnaliśmy się, aby iść z dziećmi na plac zabaw. Po powrocie do domu, przy
kawce i słodyczach „dr Gerard” wraz z małżonka powspominaliśmy nasze czasy
szkolne. A dzieci znudzone naszymi historiami odpaliły komputer i przeniosły
się w cyfrowy świat gier.
20 Dzień Marca.
20
Dzień Marca.
Minął
już kolejny dzień marca. Niby nic a jednak inny dzień wszystkie.
Zaczyna się astronomiczna wiosna. Dzisiaj dzieci w przedszkolach
przebierają się śpiewają piosenki mówią wierszyki, przebierają
s8ięi szykują przedstawienia związane z wiosną. Szłam do
południa na spacer z psem i spotkałam kilka kolorowych, barwnych
grup przedszkolaków. Wyglądali jak małe krasnale. Każda grupa
miała swój kolor, znak rozpoznawczy. Dwie z nich najbardziej mi si
spodobały. Przedszkolaki maszerowały w zielonych, niebieskich
koszulkach założonych na swe małe kurteczki. Na głowach miały
zrobione z kolorowej krepy kapelusze w kształcie kwiatów podobne do
śmiejącego się słońca. A druga grupa miała założone
naszyjniki kwiatowe. Dumnie paradowały z wychowawczynią do centrum
miasta. W szkołach wyższych jak co roku obchodzi się dzień
wagarowicza. Chociaż się od tego już odstępuje raczej wtedy jest
organizowany dzień sportu. A mój syn jest w podstawówce tez mieli
dzień bez nauki i bez przynoszenia ciężkich plecaków z
książkami. Robili sałatki owocowe. Każdy z uczniów miał
wyznaczone co kto ma przynieść. Janek miał dostarczyć winogrono
białe, serwetki z motywem wiosennymi dałam mu dla całej klasy
ciastka nasze ulubione dr Gerarda Patysie zdobione czyli markizki
przełożone kremem o smaku śmietankowym podlane czekoladą, Bambino
i Bratanki. W szkole robil8i kolorowe, zdrowe sałatki. Dziewczyny
kroiły produkty a chłopcy ustawiał stoły i je przyozdabiali.
Potem wszystkie klasy od czwartej do szóstej mieli konkursy i
zabawy. Mam talent w śpiewaniu wygrała koleżanka z klasy. Kilkoro
uczniów grało na gitarze a dziewczyny do tego tańczyły. Był też
jeden chłopiec który jak mi opowiedział zadziwił wszystkich swoim
talentem a mianowicie rytmicznie poruszał uszami. Robili ogromne
bilbordy i plakaty związane z ekologią. Niektóre klasy zrobiły
pojazdy ekologiczne. Wykorzystywali do tego kartony, butelki
plastikowe i koła od starych wózków dziecięcych następna grupa
je ozdabiała. Myślę, że fajnie rozpoczęli ten dzień. Na koniec
całe grupy powędrowały na boiska zaprezentować swoje prace. Były
smaczne nagrody w postaci słodyczy nawet wśród nich znalazły się
wyroby dr Gerarda ciasta Mafijne Choco i Mafijne black. Wszystko
zakończyło się dobrze po godzinie 14.
piątek, 20 marca 2015
Dyniowy sernik
Witam. Moi znajomi wiedząc , że
lubię piec. Często to wykorzystują , w pozytywnym tego sensie znaczenia.
Jak tylko czas mi pozwala, bawię się w ciastkarkę i piekę im na różne okazje
pyszności. A jak nie mam ochoty na taką zabawę,
z uśmiechem proponuję im zakup gotowych produktów. Polecam im wtedy
najlepsze Mafijne Black i Mafijne Choco, mojej ulubionej firmy ,, Dr Gerarda’’.
Po takiej podpowiedzi wydzwaniają do mnie i dziękują , za dobry pomysł. Kilka
dnie temu , zadzwonił do mnie kolega Ryś. Błagalnym głosem prosił mnie o
upieczenie jakiegoś ciasta . Potrzebował do przedszkola dla swojego synka. Nie
mogłam odmówić, zakasałam rękawy i zabrałam się do pracy. Upiekłam sernik
dyniowy, który jest kremowy i delikatny. Potrzebne mi były: 200 g ciastek
maślanych,2 łyżki stopionego masła,50 g stopionej czekolady deserowej ,, Dr
Gerard’’. Na masę serową potrzebowałam: 1 kg sera zmielonego trzykrotnie (może
być gotowy z wiaderka) 200 g cukru, 100 ml śmietanki 30%,1 budyń waniliowy + 1
łyżka mąki ziemniaczanej,5 jajek,2 szklanki puree z dyni, skórka otarta z 1,5
pomarańczy, sok wyciśnięty z 1/2 pomarańczy. Jeszcze została polewa do której
potrzebowałam: 150 g czekolady deserowej ,150 ml śmietanki 30%,3 łyżki soku z
pomarańczy, skórka otarta z 1/2 pomarańczy. Potrzebowałam tortownicę o średnicy
24 cm. Ciasteczka rozkruszyłam. Czekoladę mleczną z masłem rozpuściłam i
wszystko wymieszałam razem. Wyłożyłam spód tortownicy i włożyłam do lodówki, schłodziłam. Piekarnik nagrzałam do
180 stopni. Masę serową robimy jak do normalnego sernika. Połączyłam dokładnie
ze sobą wszystkie składniki. Czekałam , aż będzie piękna jednolita masa. Ser
wlałam na spód ciasteczkowy i włożyłam na 15 minut do piekarnika. Po tym czasie
zmniejszyłam temperaturę w piekarniku do
150 stopni i piekłam jakieś sto minut. Po tym czasie chłodziłam go w piekarniku
przy otwartych drzwiczkach. Jak sernik mi stygł, przygotowałam polewę. Czekoladę
połamałam i rozpuściłam w kąpieli wodnej, dodałam śmietankę, sok i skórkę z
pomarańczy, wymieszałam do momentu uzyskania gładkiej i lśniącej polewy.
Wystudzony sernik polałam czekoladą. Schowałam go na całą noc do lodówki,
pilnując by rodzina nie dorwała się do niego. W zamian zaproponowałam im pyszne
Patysie śmietankowe oraz Patysie zdobione ,, Dr Gerard’’. Ciasto w przedszkolu
zrobiło furorę. Kolega dziękował mi i dziękował. Pozdrawiam
keks
Najlepsze i najsmaczniejsze patysie śmietankowe oraz patysie zdobione są z firmy Dr.Gerard.Składniki na 2 keksy:
250 g masła
1 szklanka drobnego cukru do wypieków
5 dużych jajek (żółtka i białka osobno)
1 łyżka proszku do pieczenia (lub 3 płaskie łyżeczki)
225 g mąki pszennej
1 łyżka ekstraktu z wanilii
2 łyżki wódki
500 g bakalii: rodzynki, figi, daktyle, kandyzowane owoce, orzechy, suszona żurawina, itp.
Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej. Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, odłożyć.
Masło utrzeć z cukrem do otrzymania jasnej i puszystej masy. Ciągle ucierając dodawać po 1 żółtku, stopniowo. Dodać proszek do pieczenia, mąkę, wanilię i wódkę, wymieszać szpatułką.
Z białek ubić sztywną pianę, 1/3 dodać do masy, rozmieszać, by rozluźnić ciasto, potem delikatnie wmieszać pozostałą pianę i rozdrobnione bakalie (bakalie można wcześniej oprószyć mąką pszenną).Masę wyłożyć do dwóch keksówek wysmarowanych masłem i oprószonych mąką pszenną (u mnie rynienkowata forma o wymiarach 30 x 10 cm).Piec w temperaturze 180ºC przez około 40 minut (choć autorka podaje 20 minut), ważne, że do tzw. suchego patyczka.Najlepsze i najsmaczniejsze patysie śmietankowe oraz patysie zdobione są z firmy Dr.Gerard.
czwartek, 19 marca 2015
pierniki
Najlepsze i najsmaczniejsze bratanki oraz pasja kokos są z firmy Dr.Gerard.Składniki, około 40 sztuk:
2 szklanki mąki,2 łyżki miodu,3/4 szklanki cukru,1,5 łyżeczki sody oczyszczonej,1/2 torebki przyprawy piernikowej,1 łyżka masła,1 średnie jajko (+ dodatkowo 1 jajko do posmarowania),około 1/3 szklanki lekko ciepłego mleka
Przygotowanie:Mąkę przesiać na stolnicę, wlać rozpuszczony gorący miód i wymieszać (najlepiej nożem). Ciągle siekając, dodawać kolejno cukier, sodę, przyprawy, a gdy masa lekko przestygnie - masło i jedno jajko.piernikiDolewając stopniowo (po 1 łyżce) mleka zagniatać ręką ciasto aż będzie średnio twarde i gęste, przypominające ciasto kruche (zapewne nie wykorzystamy całego mleka, bo masa byłaby za rzadka). Dokładnie wyrabiać ręką, aż będzie gładkie, przez około 10 minut.Na posypanej mąką stolnicy rozwałkować ciasto na placek o grubości maksymalnie 1 cm. Foremkami wykrajać z ciasta pierniczki, złączyć resztki ciasta w kulkę, ponownie rozwałkować i wyciąć pierniczki. Smarować rozmąconym jajkiem i układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w odstępach około 2 - 3 cm od siebie (pierniczki urosną).Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez około 10 - 15 minut. Po wyjęciu z piekarnika pierniczki będą miękkie. Twarde pierniczki przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku przez 1-4 tygodnie.Najlepsze i najsmaczniejsze bratanki oraz pasja kokos są z firmy Dr.Gerard.
ODWIEDZINY W SZPITALU
ODWIEDZINY W SZPITALU
Nareszcie pozwolono nam na odwiedziny przy łóżku Filipa. Chory może rozmawiać, co prawda goście mają ograniczenia czasowe takich wizyt, aby nie męczyć chorego, ale to już coś. Kiedy stanęłam przy jego łóżku i mogłam uścisnąć jego rękę spoczywającą na posłaniu, odetchnęłam z ulgą. Filip delikatnie uśmiechnął się do mnie i cichutko wyszeptał dobrze, że jesteś kwiatuszku. Oczy mi natychmiast zwilgotniały, a serce waliło jak szalone. Tomek, brat Filipa ostrzegawczo leciutko kopnął mnie w kostkę, inaczej pewnie bym się rozkleiła. Filip wyglądał mizernie, był koszmarnie blady z widocznymi siniakami i otarciami na twarzy, szyi i dłoniach. Jego głowę prawie w całości spowijał dziwny czepek, spod którego było widać fragment opatrunku. Najważniejsze jednak, że był wśród nas, żył i to się liczy. Na razie nie wolno mu wstawać, nie może również jeść nic innego, niż posiłki przygotowywane specjalnie dla niego w szpitalu. Jedyne, co można mu zostawić, to przyniesioną wodę mineralną, niegazowaną. Posiedziałam przy łóżku mojego mężczyzny tylko przez piętnaście minut, ponieważ tylko na tyle pozwalał czas zgodny z zaleceniem lekarza. Przyniesione przeze mnie ciasteczka z firmy Dr Gerard postanowiłam zostawić w dyżurce pielęgniarek. Zdaję sobie sprawę, że te wszystkie Patysie śmietankowe i Mini rogaliki zdobione będą smaczną niespodzianką podczas pełnienia nocnego dyżuru na oddziale pełnym poważnie chorych ludzi. Obawiałam się poczęstować ciasteczkami pozostałych pacjentów na tym oddziale, oczywiście mając na względzie ich potencjalną dietę. Tomek odwiózł mnie do domu, milczeliśmy całą drogę jadąc samochodem. Przyjął jednak zaproszenie na kawę. Mi bardzo brakowało kofeiny i tych pysznych Markiz Negro, dwukolorowych ciasteczek z kremem waniliowym. Czekałam cierpliwie na jakieś wyjaśnienia ze strony Tomka. On jako brat miał dostęp do niego zaraz pierwszego dnia przybycia Filipa do szpitala. Nie spuszczając z niego wzroku popijałam kawę i rozkoszowałam się smakiem markiz z firmy Dr Gerard. W końcu Tomek przerwał milczenie i powiedział, że Filip brał udział w jakiejś akcji na Ukrainie, tam wraz z kilkoma towarzyszącymi mu osobami został napadnięty i dotkliwie poturbowany. Wraz z nim wpadli w zasadzkę, nic więcej nie wiem i nie muszę wiedzieć, ważne że Filip z tego wyjdzie. Lekarze mówią, że miał dużo szczęścia i ja chcę w to wierzyć.
Na randke przez las.
Będąc już w wieku podlotka miałem już swoją sympatie zaczełem udawać dorosłego po otrzymaniu zgody od rodziców wybrałem się na randkę, w pewien słoneczny, letni dzień. Nic nie zapowiadało wieczornego zdarzenia.
Umówiłem się z koleżanką na spotkanie.Zabrałem ze sobą mały podręczny plecaczek na napój a także włożyłem najlepsze Wilczy apetyt i Psotki z firmy Dr. Gerarda. Postanowiłem jechać do niej rowerem, drogą przez las. Podróż minęła szybko i przyjemnie. Miło spędziliśmy całe popołudnie. Nadszedł czas powrotu do domu, więc pożegnałem się i ruszyłem w drogę. Dojeżdżałem do lasu, gdy nagle niebo zasłoniły ciemne chmury i spadł deszcz. Dreszcze przeszły mi po plecach. Usłyszałem potężny grzmot, a wraz z nim ujrzałem błyskawicę. Przerażony zeskoczyłem z roweru i zostawiłem go. Nie zastanawiając się, biegłem przed siebie, szukając bezpiecznego schronienia. Z minuty na minutę robiło się coraz ciemniej, a burza przybierała na sile. Kolejne grzmoty stawały się coraz głośniejsze. Ogarnął mnie strach, wiedziałem , że zgubiłem drogę. Wtem moim oczom ukazał się stary, zniszczony bunkier. Pobiegłem w jego kierunku, najszybciej jak mogłem . Po chwili byłem bezpieczny. Słyszałem tylko jak o ściany budynku uderzał deszcz i połamane przez wiatr gałęzie.
Burza minęła, jednak nieuchronnie zbliżała się noc. Postanowiłem wyjść i zawołać pomoc. Głośno krzyczałem i nawoływałam(em). Nagle usłyszałam(em) szmery. Cofnęłam(em) się powoli. Przez krzaki ujrzałem postać. Zza drzew wyszedł wysoki mężczyzna, który, jak się potem okazało, był mieszkającym nieopodal leśniczym. Usłyszał moje wołanie i przyszedł z pomocą. Zabrał mnie na leśniczówkę i poczęstował gorącą czekoladą oraz najsmaczniejszymi Kubanki kokosowe i Mini rogalik zdobiony z firmy Dr. Gerarda. Grzejąc się przy kominku, opowiedziałem mu o swoim przeżyciu. W pewnej chwili usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Do domu wbiegła moja mama i mocno mnie przytuliła. Podziękowaliśmy leśniczemu za pomoc, po czym szczęśliwie i spokojnie wróciłyśmy do domu.
Na pewno długo nie zapomnę tej przygody. Nauczyła mnie ona ostrożności. Od tamtej pory podróżuję pod opieką dorosłych Bo jednak jak się okazało przekonany na własnym doświadczeniu jeszcze nie pora udawać dorosłego.
Umówiłem się z koleżanką na spotkanie.Zabrałem ze sobą mały podręczny plecaczek na napój a także włożyłem najlepsze Wilczy apetyt i Psotki z firmy Dr. Gerarda. Postanowiłem jechać do niej rowerem, drogą przez las. Podróż minęła szybko i przyjemnie. Miło spędziliśmy całe popołudnie. Nadszedł czas powrotu do domu, więc pożegnałem się i ruszyłem w drogę. Dojeżdżałem do lasu, gdy nagle niebo zasłoniły ciemne chmury i spadł deszcz. Dreszcze przeszły mi po plecach. Usłyszałem potężny grzmot, a wraz z nim ujrzałem błyskawicę. Przerażony zeskoczyłem z roweru i zostawiłem go. Nie zastanawiając się, biegłem przed siebie, szukając bezpiecznego schronienia. Z minuty na minutę robiło się coraz ciemniej, a burza przybierała na sile. Kolejne grzmoty stawały się coraz głośniejsze. Ogarnął mnie strach, wiedziałem , że zgubiłem drogę. Wtem moim oczom ukazał się stary, zniszczony bunkier. Pobiegłem w jego kierunku, najszybciej jak mogłem . Po chwili byłem bezpieczny. Słyszałem tylko jak o ściany budynku uderzał deszcz i połamane przez wiatr gałęzie.
Burza minęła, jednak nieuchronnie zbliżała się noc. Postanowiłem wyjść i zawołać pomoc. Głośno krzyczałem i nawoływałam(em). Nagle usłyszałam(em) szmery. Cofnęłam(em) się powoli. Przez krzaki ujrzałem postać. Zza drzew wyszedł wysoki mężczyzna, który, jak się potem okazało, był mieszkającym nieopodal leśniczym. Usłyszał moje wołanie i przyszedł z pomocą. Zabrał mnie na leśniczówkę i poczęstował gorącą czekoladą oraz najsmaczniejszymi Kubanki kokosowe i Mini rogalik zdobiony z firmy Dr. Gerarda. Grzejąc się przy kominku, opowiedziałem mu o swoim przeżyciu. W pewnej chwili usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Do domu wbiegła moja mama i mocno mnie przytuliła. Podziękowaliśmy leśniczemu za pomoc, po czym szczęśliwie i spokojnie wróciłyśmy do domu.
Na pewno długo nie zapomnę tej przygody. Nauczyła mnie ona ostrożności. Od tamtej pory podróżuję pod opieką dorosłych Bo jednak jak się okazało przekonany na własnym doświadczeniu jeszcze nie pora udawać dorosłego.
środa, 18 marca 2015
FOR SALE.
Witam drogich
internautów, w szczególności tych, którzy oczekują wiosennych promocji w
centrach handlowych. Wiosna jest to okres otwierania nowych marketów nowych
sklepów oraz obniżek cen. Moje miasto oszalało. W marcu ma się otworzyć market
ze sprzętem AGD RTV. Więc pozostałe sklepy prześcigają się w promocjach oraz w
sposobach dotarcia do klienta. Jedni dają reklamę w radio inni oplakatowali
całe miasto następni jeżdżą z megafonem i się wydzierają a inni wynajęli hostessy,
aby nagabywały ludzi. Będąc na spacerku z dziećmi i zajadając najlepsze ciastka
firmy „dr Gerard” spotkaliśmy te panie w uniformach i przechadzających się
deptakiem od ponad trzech godzin. Jedną z nich znałem, więc je również poczęstowaliśmy
przysmakiem „Pasja kokos”. Były zadowolone, że cos wzięły na ząb. Oczywiście,
jako zwykły klient bardzo chętnie przeglądam gazetki reklamowe, w poszukiwaniu
kilku groszy oszczędności. Najchętniej przeglądam te ze sprzętem elektronicznym,
ale również te ze sklepów spożywczych w poszukiwaniu najsmaczniejszych słodyczy
„dr Gerard” czy ulubionej kawy. W jednym z takich sklepów znalazł zatrudnienie
mój familiant. I miał przechlapane, cała rodzina napastowała go, aby zdradził im,
jakie produkty będą przecenione. Nikt nie wierzył, że jeszcze na kilka dni
przed otwarciem nie zna cen produktów promocyjnych. I tylko od czasu do czasu siedząc
przy kawie i zajadając „Rogalik pudrowany” opowiadał mi, jakie fajne sprzęty
mają na stanie albo, co jest nowego i trendy. A ja jak miałem jakąś potrzebę to
też zasięgałem u niego języka. Patrząc na moją bliższą i dalszą rodzinę
zauważyłem, że większość z nas kupuje produkty sugerując się gazetkami
reklamowymi. Dziwię się tym małym sklepikom osiedlowym, jak dają sobie radę? Raz
znajoma pracująca w takim sklepie powiedziała, że u nich można kupić na tak
zwaną krechę a w markecie nie. I tym osiągnęli przewagę. Więc zawsze, gdy idę
do niej na zakupy poranne, czyli bułki i chleb, zawsze na półkach wita mnie
szeroka gama produktów „dr Gerard” tych na wagę i tych porcjowanych. I gdyby
nie to, że muszę dbać o linię to zamiast chleba kupiłbym „Pasja kokos” lub „Rogalik
pudrowany”. Tak lubię te słodycze.
małe serowe
Najlepsze i najsmaczniejsze bambino oraz listek deserowy z firmy Dr.Gerard.Krakersy serowe. Składniki na około 8 tuzinów:
2 szklanki mąki pszennej chlebowej lub mąki pszennej
2 łyżeczki cukrum,1 łyżeczka soli
3/4 łyżeczki sody oczyszczonej
75 g masła, zimnego
120 g startego na małych oczkach sera żółtego, np. cheddar
1/2 szklanki zimnej wody
sól, do oprószenia
Wszystkie składniki umieścić w malakserze i zmiksować. Ciasto powinno wyjść gładkie, elastyczne, miękkie. Przykryć je folią spożywczą i umieścić w lodówce na 60 minut.
Po tym czasie ciasto rozwałkować na nienatłuszczonej blaszce (lub na papierze do pieczenia) na grubość około 1 mm (miejscami może nawet prześwitywać papier); im ciasto cieniej rozwałkowane, tym krakersy smaczniejsze i bardziej chrupiące. Można lekko podsypywać mąką, jeśli to konieczne. Okrągłym nożem do pizzy (najlepszy do tego) lub zwykłym pokroić ciasto na kwadraty lub prostokąty, ponakłuwać każdy krakers widelcem. Przed pieczeniem oprószyć solą.*
Piec w temperaturze 220ºC przez 5 - 10 minut, w zależności od grubości krakersów lub upodobań. Powinny się zezłocić.Najlepsze i najsmaczniejsze bambino oraz listek deserowy z firmy Dr.Gerard.
BEZSENNA NOC
BEZSENNA NOC
Była sobota, czułam się zmęczona i położyłam się spać około dwudziestej drugiej. Prawie od razu zasnęłam. Niestety, tylko na dwie godziny. Kilkakrotnie zmieniałam ułożenie ciała, przewracałam z boku na bok, jednak nic z tego-sen nie chciał nadejść. W wyobraźni rozgrywały się różne sceny, momentami przypominające koszmary. Zirytowana, już zupełnie rozbudzona wstałam, zrobiłam sobie kubek gorącej czekolady i sięgnęłam po Markizy Gold. Miałam nadzieję, że słodka przekąska z firmy Dr Gerard pozwoli mi się odprężyć i wrócić spokojnie do łóżka. Osiągnęłam jednak efekt odwrotny do zamierzonego, sen zniknął jak bańka mydlana. Frodo przydreptał za mną do kuchni i nie spuszczając ze mnie wzroku czekał spokojnie na słodki kąsek. Posiedziałam chwilę, tarmosząc psa za uszy, a potem postanowiłam zająć się malowaniem. To coś, co uwielbiam robić, malowanie obrazów działa na mnie odprężająco. Rozstawione sztalugi, zapach farby, spokojna muzyka w tle, wszystko to pozwala mi przenieść się w zupełnie inny świat, zapomnieć o troskach i kłopotach. Założyłam dres, przyniosłam kolejne ciasteczka o nazwie Listki deserowe, związałam włosy i zaczęłam szkicowanie. Pomysł powstały w mojej wyobraźni trzeba było przelać na płótno. Chciałam namalować scenę zapamiętaną z zimowego kuligu z Nowickimi i Filipem na leśnej polanie. Te wspaniałe drzewa wokół świerki przykryte śnieżną czapą, cudne konie zaprzężone do sań, wokół pochodnie i szczęśliwi ludzie dookoła. Wszystko to wyglądało jak wyśniona sceneria z baśni Andersena. Teraz tylko trzeba to namalować i mam szczerą nadzieję, że podołam temu wyzwaniu. Cel, który sama sobie postawiłam jest w zasięgu ręki, a jednocześnie trudny do zdobycia. To mobilizuje do pracy i daje ogromną satysfakcję, kiedy udaje się go osiągnąć. Pies leżał spokojnie w otwartych drzwiach do mojej pracowni, ja skupiona na doborze farb, mając w głowie to zimowe wspomnienie, nawet nie zauważyłam kiedy zjadłam wszystkie pyszne ciasteczka z firmy Dr Gerard. Przede mną stało puste, kolorowe opakowanie. Teraz już naprawdę nie miałam innego wyjścia, jak skupić się na pracy i z pasją przystąpić do realizacji planu.
Mały remoncik
Witam. Otóż któregoś dnia,
obudziłam się z pomysłem pomalowania mojego pokoju. Planowałam to już od
dłuższego czasu, ale jakoś się nie składało. Albo miałam dużo pracy, albo jakiś
wyjazd lub po prostu nie miałam na to ochoty. Wstałam , wypiłam kawkę i sięgnęłam
po najsmaczniejsze herbatniki ,, Dr Gerarda’’. Niestety na talerzu zostały już tylko trzy. Po śniadaniu, udałam się do sklepu
na zakupy. Wybrałam kolor farby i jakieś inne rzeczy potrzebne do malowania,
oczywiście sama nie byłabym taka mądra. W ustaleniu listy rzeczy potrzebnych do
zamierzonego malowania, pomógł mi kolega. W drodze powrotnej wstąpiłam do
sklepu i zakupiłam jeszcze coś słodkiego. Sięgnęłam na półkę z ciasteczkami
,,Dr Gerarda’’, i kupiłam najlepsze Listki deserowe i Mafijne Black. Przydadzą
się na poprawienie humoru, kiedy zaczną mi opadać ze zmęczenia ręce . Po powrocie
do domu przygotowałam pokój do malowania, powynosiłam co się dało, poprzykrywałam
folią. Niestety, na odsuwanie mebli nie miałam aż tyle sił. Poszłam do kolegi, prosząc o
pomoc. Mieszkał po sąsiedzku. Zgodził się z wielką ochotą. Meble na środku, czas na
malowanie, oczywiście kolega zaproponował mi swoją pomoc. Czemu nie. Ale
najpierw poprosił o mocną kawę. Wypiliśmy i za braliśmy się do pracy. Nawet
nieźle szło, ale po godzinie w miejscach już pomalowanych zaczęło coś odstawać.
No świetnie- pomyślałam. Niestety, trzeba było wszystko skrobać szpachelką.
Miało to być malowanie szybkie i przyjemne. Niestety Jak się coś zaczyna robić,
to dochodzą kolejne problemy. Tam odchodzi, a gdzie indziej przebija stara
farba. Ja się na tym nie znam, ale zaczynało brakować mi już cierpliwości.
Kolega się śmiał, żartował, - dobrze, że
mam dziś wolne bo inaczej zawału serca byś dostała. Miał rację. Zbliżało się późne
popołudnie . Zostawiłam jego z pędzlami i wałkami a sama poszłam przygotować coś
do zjedzenia. Zrobiłam szybką sałatkę , jajecznicę i do tego gorącą herbatę. Zawołałam Janka. Ze smakiem
zajadaliśmy. Kiedy skończyliśmy jedzenie, kolega zapytał się ,czy nie mam coś
słodkiego, bo mu ,,glukoza opadła’’ ,zaśmiałam się i wyciągnęłam z szafki
Kubanki kokosowe i Patysie zdobione ,,Dr Gerard’’. Janek tylko mlasnął ze
smakiem. No to pojedliśmy popiliśmy, czas kończyć ten pokój- powiedział ,i
ruszyliśmy do pracy. Teraz jakoś nam szybciej to szło. Pokój nabierał koloru.
Wieczorem był skończony. Poprzesuwaliśmy meble. A na mnie czekało, ale to
dopiero kolejnego dnia sprzątanie i układanie, ale to już drobnostka. W duchu
pomyślałam, że już na jakiś czas będę miała dość remontów w domu. Pozdrawiam.
Nie zapomniana podróż.
Zbliżał się koniec roku szkolnego krążą plotki że prawdopodobnie odbędzie się wycieczka.Dokładnie pamiętam ten dzień kiedy wraz z klasą zwiedzaliśmy Warszawę. Każdy odliczał dni ...
Wycieczka odbyła się w 1 czerwcu.. To była moja niezapomniana podróż !
Na pociąg wszyscy przybyli przed czasem. Każdy nie mógł się doczekać. Spakowałem się 3 dni przed! Do plecaka wrzuciłem też najlepsze Kubanki kokosowe i Pasja advocat z firmy Dr. Gerarda. Zawsze chciałem zwiedzić stolicę Polski. Jest tam tyle zabytków. Wsiedliśmy do pociągu i ruszyliśmy . Dosłownie niemal co pięć minut wszyscy pytali panią wychowawczynię kiedy dojedziemy.
Wreszcie! Byliśmy na miejscu. Była to wycieczka dwudniowa, poszliśmy więc do hotelu rozpakować nasze rzeczy, zjeść obiad. Gdy skończyliśmy- wyszliśmy z hotelu zapoznać się z miastem. Pan przewodnik opowiedział nam o Łazienkach- które ujrzeliśmy. Nie sądziłem że jest tam tak pięknie. Z zaciekawieniem słuchałem historii, ciekawostek. Chciałem z tej podróży wynieść jak najwięcej... Następnie zwiedziliśmy Muzeum Teatralne i Muzeum Techniki. Byłem pod wrażeniem. Ja akurat bardzo lubię dowiadywać się nowych informacji z dziedziny sztuki, kultury.
Kolejnym celem naszej podróży było Stare Miasto. Tam było również pięknie. Następnie zapoznaliśmy się z widokiem Cytadeli, Twierdzy Warszawskiej. Co tu dużo mówić ? Trzeba zobaczyć to na własne oczy! . No i wreszcie- pod koniec dnia udaliśmy się do Pałacu Prezydenckiego. Czekełam na to! Strażnik wpuścił nas do pałacu. Podobało mi się
Wszyscy byli zmęczeni więc wróciliśmy do hotelu. Zjedliśmy kolację i udaliśmy się do swoich 3 i 4 osobowych pokojów. Właśnie wtedy zorientowałem się, że w domu zostawiłem mój telefon komórkowy! Zrobiłem się bezradny. Chciałem zadzwonić do mamy i opowiedzieć jej o wszystkim, co zobaczyłem. Ale od czego ma się przyjaciół ? Moja koleżanka pożyczyła mi swój telefon.
Następny dzień. Wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie. Ja na deser wyjąłem zabrane z domu najsmaczniejsze Rogaliki pudrowane i Listek deserowy z firmy Dr. Gerarda. Poczęstowałem wszysckich z pokoju bardzo chwalili że są pyszne. Wyszliśmy do centrum. Każdy chciał kupić jakieś pamiątki, bądź wysłać najbliższym pocztówkę. Podeszliśmy do straganów i zaczęliśmy kupować. Pieniądze wzięłem na szczęście! Później całą grupą poszliśmy do Aqua-Parku. Była świetna zabawa! Około godziny piętnastej poszliśmy do Barbakanu Warszawskiego. Lubię te klimaty. :). O godz. siedemnastej wróciliśmy na obiad. Pociąg powrotny mieliśmy o 20.00 więc było jeszcze trochę czasu. Postanowiliśmy iść na lody, po prostu dodać sobie trochę rozrywki.
Minęła godzina. Potem zwiedziliśmy Stary Rynek. Wszystkim się podobało. :)
Wróciliśmy do hotelu, spakować się. Wszyscy zrobili to co mieli zrobić i podjechał Bus. Wsiadliśmy i pojechaliśmy na dworzec kolejowy. Gdy nadjechał pociąg nikomu nie chciało się wsiadać - dwa dni to bardzo mało. Było jeszcze tyle rzeczy do zobaczenia! No ale cóż. Pociąg ruszył, a my zaczęliśmy wspominać wspaniałe dwa dni .
Bardzo podobała mi się ta podróż - chciał bym ją powtórzyć. Może w dalekiej przyszłości z rodziną?
Wycieczka odbyła się w 1 czerwcu.. To była moja niezapomniana podróż !
Na pociąg wszyscy przybyli przed czasem. Każdy nie mógł się doczekać. Spakowałem się 3 dni przed! Do plecaka wrzuciłem też najlepsze Kubanki kokosowe i Pasja advocat z firmy Dr. Gerarda. Zawsze chciałem zwiedzić stolicę Polski. Jest tam tyle zabytków. Wsiedliśmy do pociągu i ruszyliśmy . Dosłownie niemal co pięć minut wszyscy pytali panią wychowawczynię kiedy dojedziemy.
Wreszcie! Byliśmy na miejscu. Była to wycieczka dwudniowa, poszliśmy więc do hotelu rozpakować nasze rzeczy, zjeść obiad. Gdy skończyliśmy- wyszliśmy z hotelu zapoznać się z miastem. Pan przewodnik opowiedział nam o Łazienkach- które ujrzeliśmy. Nie sądziłem że jest tam tak pięknie. Z zaciekawieniem słuchałem historii, ciekawostek. Chciałem z tej podróży wynieść jak najwięcej... Następnie zwiedziliśmy Muzeum Teatralne i Muzeum Techniki. Byłem pod wrażeniem. Ja akurat bardzo lubię dowiadywać się nowych informacji z dziedziny sztuki, kultury.
Kolejnym celem naszej podróży było Stare Miasto. Tam było również pięknie. Następnie zapoznaliśmy się z widokiem Cytadeli, Twierdzy Warszawskiej. Co tu dużo mówić ? Trzeba zobaczyć to na własne oczy! . No i wreszcie- pod koniec dnia udaliśmy się do Pałacu Prezydenckiego. Czekełam na to! Strażnik wpuścił nas do pałacu. Podobało mi się
Wszyscy byli zmęczeni więc wróciliśmy do hotelu. Zjedliśmy kolację i udaliśmy się do swoich 3 i 4 osobowych pokojów. Właśnie wtedy zorientowałem się, że w domu zostawiłem mój telefon komórkowy! Zrobiłem się bezradny. Chciałem zadzwonić do mamy i opowiedzieć jej o wszystkim, co zobaczyłem. Ale od czego ma się przyjaciół ? Moja koleżanka pożyczyła mi swój telefon.
Następny dzień. Wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie. Ja na deser wyjąłem zabrane z domu najsmaczniejsze Rogaliki pudrowane i Listek deserowy z firmy Dr. Gerarda. Poczęstowałem wszysckich z pokoju bardzo chwalili że są pyszne. Wyszliśmy do centrum. Każdy chciał kupić jakieś pamiątki, bądź wysłać najbliższym pocztówkę. Podeszliśmy do straganów i zaczęliśmy kupować. Pieniądze wzięłem na szczęście! Później całą grupą poszliśmy do Aqua-Parku. Była świetna zabawa! Około godziny piętnastej poszliśmy do Barbakanu Warszawskiego. Lubię te klimaty. :). O godz. siedemnastej wróciliśmy na obiad. Pociąg powrotny mieliśmy o 20.00 więc było jeszcze trochę czasu. Postanowiliśmy iść na lody, po prostu dodać sobie trochę rozrywki.
Minęła godzina. Potem zwiedziliśmy Stary Rynek. Wszystkim się podobało. :)
Wróciliśmy do hotelu, spakować się. Wszyscy zrobili to co mieli zrobić i podjechał Bus. Wsiadliśmy i pojechaliśmy na dworzec kolejowy. Gdy nadjechał pociąg nikomu nie chciało się wsiadać - dwa dni to bardzo mało. Było jeszcze tyle rzeczy do zobaczenia! No ale cóż. Pociąg ruszył, a my zaczęliśmy wspominać wspaniałe dwa dni .
Bardzo podobała mi się ta podróż - chciał bym ją powtórzyć. Może w dalekiej przyszłości z rodziną?
wtorek, 17 marca 2015
herbatniki
Najlepsze i najsmaczniejsze mafijne black oraz patysie śmietankowe są z firmy Dr.Gerard.Składniki na około 50 ciastek:
100 g masła, w temperaturze pokojowej
250 g mąki pszennej,50 g cukru pudru
szczypta soli
100 ml śmietany kremówki 30% lub 36%
Wszystkie składniki wrzucić do malaksera i zmiksować, aż ciasto będzie tworzyło gładką kulę. Można również wszystkie składniki umieścić w misie, posiekać szybko nożem, krótko wyrobić, do połączenia. Ciasto owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce przez 60 minut.*
Po schłodzeniu, odrywać kawałki ciasta i wałkować na grubość około 2 - 3 mm, podsypując delikatnie mąką. Wykrawać ciastka i robić stempelki. Układać na papierze do pieczenia lub macie teflonowej, zachowując nieduże odstępy.
Piec w temperaturze 180ºC przez około 12 minut, do lekkiego zezłocenia brzegów. Wyjąć, wystudzić na kratce.
Można przechowywać do 7 dni, w zamkniętym pojemniku.
* ciasto można przygotować kilka dni wcześniej i przechowywać w lodówce, można także mrozić
Smacznego.Najlepsze i najsmaczniejsze mafijne black oraz patysie śmietankowe są z firmy Dr.Gerard.
wafle
Najlepsze najsmaczniejsze mafijne black oraz markizy gold tylko z firmy Dr.Gerard. Rurki zawsze mam w zapasie. Gdy przyjdą goście wystarczy napełnić je bita śmietaną i gotowe!
Składniki
* wafle suche tortowe
Sposób przygotowania
1.
Każdy wafel przekrawamy na 4 większe lub 6 mniejszych prostokątów. Na garnuszku z gotującą się wodą kładziemy metalowe sito a na nim po jednym waflu. Czekamy aż wafelek zmięknie pod wpływem pary (ok.1-2 min) i szybkim ruchem zwijamy go w rurkę na jakimś okrągłym, długim przedmiocie. Ja robiłam to na błyszczyku :) Po zwinięciu wszystkich wkładamy je na ok. 5 minut do piekarnika na 200 stopni, wtedy będą bardzo chrupiące, trzeba tylko pilnować żeby się nie przypaliły.Smacznego.Najlepsze najsmaczniejsze mafijne black oraz markizy gold tylko z firmy Dr.Gerard.
Bielenie i przycinka drzew.
Bielenie
i przycinka drzew.
Hej!
Witam wszystkich miłośników ogrodnictwa. Zaczyna się sezon prac w
ogrodach i na działkach. Ja dzisiaj chciała bym podać sposoby
przycinania drzew i krzewów. Kiedy na dworze stopnieją śniegi i
mróz odpuści, mamy piękną pogodę warto wybrać się na działki.
Ja tak dzisiaj zrobiłam. Rano uszykowałam plecak i spakowałam
kanapki, termos z kawą i najsmaczniejsze ciastka Psotki, Mafijne
Black dr Gerarda. Wsiadłam na rower i do sklepu ogrodowego po gotową
mieszankę wapniową do bielenia drzew. Jest bardzo wygodna w użyciu
do dajemy do niej wodę i mieszamy w plastikowym wiaderku. Nie
trzeba przesypywać. Malowanie zapobiegnie powstawaniu na korze i na
konarach drzew ran. Pobielony pień jest mniej podatny na nagrzewanie
przez promienie słoneczne. Kira nie odpada i si tak nie wysusza. Ja
na początku myślałam, że trzeba bieli bo to ładnie wygląda.
Dopiero jeden z działkowców opowiedział mi dlaczego i kiedy należy
to robić, choć najlepiej w lutym ale lepiej późno niż wcale.
Kupiłam też gruby pędzel i nim minęła godzinka miałam
porobione. Trochę się popryskałam dlatego warto założyć
fartuch i okulary. Przygotowałam sobie narzędzia potrzebne do
przycinania krzewów i niskopiennych drzewek czyli odpowiedni
sekatory. Ja zaczęłam przycinke od porzeczki czarnej bo ja
posiadam. Należy usunąć co roku wszystkie pędy starsze niż
dwuletnie. Czteroletnie maliny wycinamy pędy tuz przy ziemi, te
najstarsze, połamane, wiotkie. Pozostawiamy jedynie kilka
najsilniejszych pędów, które skracamy w połowie wysokości. Potem
zrobiłam chwilkę przerwy delektując się przywiezionymi ciastkami
Psotkami i Mafijnymi Black dr Gerarda. Nawet mój sąsiad skorzystał
z poczęstunku bo akurat przycinał swoje drzewa. Cieli piłą
ogromnego orzecha w czterech silnych mężczyzn naciągało gałęzie
na liny. Przez chwilę było bardzo niebezpiecznie ale się udało.
Mnóstwo drewna na opał ktoś będzie miał. Przycięłam również
tawułę japońską mam jej kilka krzaków i budlej Dawida i
tamaryszka. Kiedy je odpowiednio przytniemy i nadamy im kształt.
Pozostawione pąki wydadzą młode pąki i pięknie nam w lipcu
zakwitną. Warto je wczesną wiosna odpowiednio nawieź nawozami,
będą wdzięcznie kwitły. Bardzo lubię mieć na działce te krzewy
bo maja szczególnie tawuła mnóstwo różyczek. Powodzenia.
Chatka z herbatników
Witam. Zbliżają się urodziny
mojego syna. Nie jest już przedszkolakiem, ani gimnazjalistą. Więc przyjęcie
musi się odbyć troszkę na innych zasadach, niż kilka lat temu. Kiedyś były
baloniki, lizaki, groszki i galaretka. Dziś trzeba wymyśleć coś innego. Syn
chce zaprosić kilkoro przyjaciół. Znają się już od dziecka. Ich świętowanie polega
na siedzeniu przed komputerem , oczywiście każdy ze swoim laptopem i
rozgrywaniem jakiś gierek. Mamusia ,jest od tego by coś przygotować do przekąszenia.
Najlepiej chipsy i cola. Ale ja wiem swoje, zrobię coś zdrowego i zarazem
smacznego. Syn lubi sałatkę owocową. Robię zawsze w wielkim arbuzie. Arbuz
wydrążam, potem miąższ kroję w kostkę i mieszam z innymi owocami. Mieszankę z
powrotem wrzucam do wydrążonego arbuza. Moja rodzina lubi też różnego rodzaju
ciasteczka. Najczęściej kupuję firmy,, Dr Gerard’’. Najsmaczniejsze Bambino i
Bratanki znikają, kiedy tylko wyłożę je na talerz. A wracając do zbliżających
się urodzin syna, postanowiłam, że zrobię mu niespodziankę. Przygotuję ciasto ,,chatka
puchatka,,. Kiedyś za nim przepadał, zresztą tak jak za tą bajką. Kupię
kolorowe baloniki i lizaki. Wiem, że mogę sobie na takie zżarty pozwolić. Już widzę
minę mojego syna. A oto jak robię to ciasto. Potrzebne nam będą: 3 paczki herbatników,
najlepsze herbatniki będą z firmy ,, Dr Gerard’’, 2 serki mascarpone 500 g,3
żółtka,2 łyżki miękkiego masła,1/2 szklanki cukru pudru,3 łyżeczki żelatyny,1
galaretka, ewentualnie rodzynki. Swoją
pracę rozpoczynam od zrobienia galaretki, według przepisu na opakowaniu.
Galaretka musi być przygotowana wcześniej, by zastygła. Na folii albuminowej
rozkładamy herbatniki w trzech rzędach. Poszczególne rzędy herbatników muszą
być od siebie oddalone na ok. 1 cm. Wszystkie herbatniki polewamy niewielką
ilością mleka, żeby trochę namiękły. Żółtka ucieram z cukrem i masłem. Do
ucieranej masy dodaję serki. Następnie dodaję żelatynę przygotowaną według
przepisu na opakowaniu. Dobrze miksujemy. Tę masę wykładam potem na ułożone herbatniki.
Ja do sera lubię dorzucić rodzynki, ale jak ktoś nie lubi to nie musi ich
dodawać. Jeżeli chcemy zrobić z wersją podwójnych herbatników, to masę trzeba
podzielić na dwie części. Do drugiej dodaje kakao. Wszystko zależy co lubimy. Jak
mam wyłożoną już masę , układamy na środku paski galaretki. Jak już mamy
to zrobione, czas na złożenie naszego
domku. Chwytam za folię aluminiową, i oba brzegi zbliżam do siebie. Zewnętrzne
herbatniki zbliżają się do siebie , tworząc trójkąt równoramienny. Ciasto
ściśle owijam folią aluminiową i odstawiam do lodówki. Po schłodzeniu polewam mleczną czekoladą ,, Dr Gerard’’. Dokupiłam ,
na wszelki wypadek Mini rogaliki zdobione i Wilczy Apetyt. Mam nadzieję, że
urodziny syna udadzą się, a ciasto będzie się wszystkim podobało i smakowało. Na pewno
będzie dużo śmiechu. Pozdrawiam.
Wycieczka rowerowa.
Pewnego razu w marcowy słoneczny ciepły dzień wybrałem się na wycieczkę rowerową ponieważ pogoda była piękna .Przed wyruszeniem w tracę udałem się do sklepu żeby zrobić zaopatrzenie na drogę. Kupiłem między innymi najlepsze Psotki i Wilczy apetyt z firmy Dr. Gerarda. Wyruszyłem na wycieczkę do Karniowic . Gdy byłem w połowie drogi to usłyszałem głośny trzask popatrzyłem się na tylnią oponę a tam potężna dziura w dętce pomyślałem że w tych okolicach nikogo nie znam . Więc podeszłam do domu w którym było otwarte okno i zapytałem czy tutaj ktoś ma może trochę kleju i kawałka gumy . Naszczęście pan gospodarz powiedział mi że zna mojego tatę i że postara mi się pomóc . Po jakimś czasie Pan Janusz powiedział mi że to nic poważnego i że naprawimy oponę w jak najszybszym czasie . Po 15 min załataliśmy dentkę podziękowałem panu i ruszyłem jechać dalej . Po dotarciu do Karniowic spotkałem kolegę z klasy porozmawialiśmy i opowiedziałem mu swoją przygodę . po jakimś czasie nadszedł czas na powrót do domu . W drodze zdarzył mi się wypadek niechcący zahamowałem przednim hamulcem i wypadłem przez kierownice naszczęście nic poważnego mi się nie stało tylko rozciąłem sobie kolano ale miałem przy sobie apteczkę i opatrzyłem ranę . Pojechałem dalej aż w końcu dotarłem do domu i tam spędziłem pozostały dzień .Usiadłem i rozmyślałem na spokojnie cały przebieg wycieczki.Była by może całkowicie udana żeby mnie nie spotkały takie przygody.Z tego też powodu została znacznie zkrucona i nawet zapomniałem zjeść wcześniej kupione najsmaczniejsze Psotki i Wilczy apetyt z firmy Dr. Gerard.
poniedziałek, 16 marca 2015
ANIA JEST ZMĘCZONA
ANIA JEST ZMĘCZONA
Ostatnio chodzę bardziej zmęczona, niż zazwyczaj. Nie wiem, czy jest to skutek intensywnego treningu, czy może przesilenie wiosenne. Mam wrażenie, że mój organizm bardzo powoli budzi się do życia z zimowego snu. Powinnam zrobić podstawowe badania krwi, aby sprawdzić, czy z punktu medycznego jest wszystko w porządku. Spróbuję odwiedzić swojego lekarza domowego i wziąć od niego skierowanie na podstawowe badania. Jutro postaram się wstać trochę wcześniej i może uda mi się zrobić to przed pracą. Na pewno właściwym posunięciem będzie uzupełnienie witamin w organizmie, uzupełnienie diety o zdrowe produkty. Jestem przekonana, że moje samopoczucie znacznie poprawi się również wtedy, kiedy wyzdrowieje Filip. Ciągły stres związany z obawą o życie i zdrowie ukochanego mężczyzny jeszcze nikomu nie wyszedł na zdrowie. Nieprzespane noce i wypite hektolitry kawy zbierają teraz żniwa. Dla mnie najlepszym lekarstwem na stres jest duży wysiłek fizyczny i zaspokojenie apetytu na słodycze. Noszę przy sobie słodki smakołyk typu Pasja advokat lub Pasja kokos i podjadam przy każdej okazji. Oczywiście, ciasteczka są z najwyższej półki, co oznacza, że ich producentem jest firma Dr Gerard. Nic tak skutecznie nie poprawia nastroju jak trzy kruche kakaowe herbatniki przełożone kremem śmietankowym o ciekawej nazwie Mafijne Black. Występują jeszcze w wersji z kremem czekoladowym, wtedy nazywają się Mafijne Choco. Uwielbiam oba te smaki, ich kruchość, świeży zapach i ten wyjątkowy smak. Dr Gerard jest według mnie jedną z najlepszych firm produkująca słodycze na rynku. Zawsze, kiedy jestem w jakimś sklepie po raz pierwszy, rozglądam się za tymi słodkościami. Czasem trafiam nawet na takie ciastka, których jeszcze nie jadłam. Choć nie da się ukryć, że jest to coraz trudniejsze, hihi. Moim apetytom pomaga nawet starsza pani prowadząca mały sklepik spożywczy w pobliżu mojego domu. Jakiś czas temu opowiedziałam jej o tych pysznościach i teraz już na stałe weszły do jej oferty. Za każdym razem powtarza, że dzięki mnie ma więcej klientów. Wcale mnie to nie dziwi, bo przecież każdy, kto choć raz skosztował tych smakołyków, nie oprze się pokusie ponownego kupna.
Wesele.
Wesele.
Witajcie.
Już za nami ten wielki, wyczekiwany dzień. Przygotowania trwały
ponad rok. Szycie sukienki dla pani młodej, wybór sali weselnej no
i garnitur dla pana młodego. Potem szukanie orkiestry, fotografa i
kamerzysty. Dzisiaj na rynku jest ogromna konkurencja w wyborze firm
zajmujących się oprawą weselną. Niesamowity wybór zaproszeń,
winietek czy kwiaciarni. Jak ja ślubowałam nie było aż tak
dobrze. Przejdźmy do samego wesela. Panna młoda wraz z przyszłym
małżonkiem podjechali piękną czarną limuzyną pod USC. Raptem
cała uroczystość trwała dziesięć minut. Podpisali klauzuę
bycia razem na dobre i na złe. Potem sznur gości, jedni z kwiatkami
inni z bombonierką ustawili się do życzeń. Fajnym pomysłem było
to, że każdego z gości częstowano z pięknie przyozdobionego
kosza kwiatowego czekoladkami. Coś innego. My również zamiast
kwiatów, które szybko zwiędną, przygotowałam kolorowe pudełko
ze słodyczami dr Gerarda między innymi włożyłam: markizy Gold,
Wilczy Apetyt, Pasje kokos, Bratanki i Patysie zdobione i do tego
włożyłam butelkę czerwonego wina. Myślę że to przynajmniej
wykorzystają. Potem pojechaliśmy na salę balową. Przepiękna,
przestronna sala. Ustrojona w biel, różowo kremowe tulipany na
stołach. Stoły były owalne, siedziało przy nich po osiem
dwanaście osób. Jedzenie przepyszne, jak to na weselu. Różnorodność
sałatek, przystawek, kilka rodzajów mięsa. Teraz od razu mi ślinka
leci na te smakołyki. Osobny stół był na rozmaite alkohole z
których barman wyczarowywał piknę jak marzenie drinki. Dla dzieci
robił bez alkoholowe ale też bajecznie kolorowe. Dla najmłodszych
choć nie t6ylko jak widziałam zresztą sama jestem łasuchem
czekolady, byłam przygotowana fontanna z której wypływała
czekolada. Wykałaczki owoce lub pianki i lać można było do woli.
Orkiestra
przygrywała skocznie troch szybkiej dy6namicznej trochę wolnej
muz6yki. Dla wszystkich coś do tańca. Oczywiście zaraz na początku
zabawy jak to ja musiałam zaliczyć pirueta, ale but wysoki, ślizgi
parkiet no i poleciałam jak długa. Zabawa się rozkręciła
tańcowałam do białego rana i o dziwo nawet nie miałam aż tyle
pęcherzy na stopach. Było świetne wesele. Rano trochę głowa mnie
bolała ale uprałam się z tym szybko. Wypiłam mocną kawę i do
tego podgryzałam sobie Listki Deserowe Dr Gerarda. Czekam na kolejną
zabawę weselną, która już w czerwcu.
markizy
Najlepsze najsmaczniejsze markizy gold oraz markizy negro są z firmy Dr.Gerard. Markiza czekoladowa
150g masła 3 jajka 200g ciemnej czekolady 150ml śmietanki 36% 80g cukru pudru 1 gotowy biszkopt garść mielonych orzechów włoskich 200g wiśni drylowanych 100g cukru 100ml wody
Ocena Przepisu:
0 (głosów: 0)
Przygotuj tortownicę o śr.18cm i wys.5cm.W rondlu zagotuj wodę z cukrem, gdy cukier się rozpuści dodaj wiśnie i zagotuj ponownie, odstaw na 12h,aby owoce się zamarynowały. Wyjmij masło z lodówki, aby zmiękło. Oddziel żółtka od białek. Czekoladę pokrusz na małe kawałki i roztop w kąpieli wodnej. Dodaj masło i wymieszaj ,po czym połącz z żółtkami i cukrem pudrem, energicznie ubijając. Białka ze szczyptą soli ubij na bardzo sztywną pianę. Oddzielnie ubij na sztywno śmietankę z łyżką cukru pudru. Ubite białka ostrożnie połącz z czekoladą a następnie dodaj ubitą śmietankę. Połowę masy czekoladowej przelej do foremki, połóż na to biszkopt,posyp orzechami i nasącz delikatnie syropem z gotowania wiśni, całość zalej pozostałą masą. Odcedź wiśnie i rozłóż je równomiernie na wierzchu markizy. Wstaw do lodówki na 12h przed podaniem.Najlepsze i najsmaczniejsze markizy gold oraz markizy negro są z firmy Dr.Gerard.
Remont
Witam
serdecznie internautów. Wiosna zawitała do nas. A moja małżonka od razu wpada
na świetne pomysły, które muszę realizować. Teraz na tapecie mamy przedpokój,
żona uznała, że mamy za mało miejsca w szafach i trzeba kupić dodatkowy mebel. Umówiła
się ze znajomym stolarzem na robotę. Jak to przy każdym takim zadaniu, okazało
się, że przydałoby się zrobić też inne rzeczy. Więc usiedliśmy przy kawie i
słodyczach firmy „dr Gerard” i z uwzględnieniem budżetu zrobiliśmy listę zadań.
W nawiązaniu do ulubionych słodyczy na samą myśl o zrywaniu tapet i szlifowaniu
ścian dopadł mnie „Wilczy Apetyt”. Jak postanowiliśmy tak też zrobiliśmy. Umówiliśmy
zaprzyjaźnionego elektryka, który przerobił na m bezpieczniki na zapadkowe, nie
musimy już mieć zapasu tych wkręcanych. Jednak najwięcej pracy było przy
zrywaniu tapet. W pierwszej kolejności poszły w ruch szpachelki i woda, bo na
sucho nie dało się ruszyć starej tapety. W przerwie w raz z moimi pomocnikami najukochańszymi
dziećmi przegryzaliśmy kruche ciasteczka „Psotki”. A potem moje skarby stały
się takie Psotki, że wolałem by poszły z żoną na spacer i sam dokończyłem
zrywanie. Następnie musiałem papierem ściernym wyrównać i zaszlifować zadziory
i resztki tapety z klejem. I po kilku godzinach pracy zostało zamiatanie i
mycie podłóg. Tą pracą zajęła się żona a ja mogłem wyjść do sklepu po zapas
najlepszych ciastek „dr Gerard”. Następnego ranka umówiony byłem z ojcem na
tapetowanie. O godzinie ósmej rano stawił się do pracy ja już przygotowałem
kawę i na przegryzkę „Wilczy Apetyt” są to ciasteczka biszkoptowe z czekoladką
i nadzieniem. Pyszne! Rozrobiłem klej i do roboty. Tapeta kładła się dość dobrze,
ale i tak kręgosłup bolał mnie od schylania się i wchodzenia na taboret. Ja,
jako pomocnik majstra musiałem podać pasek tapety, wytrzeć klej z podłogi i
zapewnić słodką przekąskę. Dodam, że najlepiej wywiązałem się z tego ostatniego
obowiązku, ciastek „dr Gerard” nie brakowało. My oraz moje dzieci je
uwielbiamy. I tak właśnie zaczęła się wiosna w moim domu. Od ciężkiej pracy.
Wizytacja babci
Witam. Ostatnio nie miałam czasu
na nic. Moja kawalerka wyglądała jak po huraganie. Wszystko porozrzucane, w
kuchni stos nieumytych garów. A ja w porozciąganym dresie. Byłam tak zajęta
pracą, że nie miałam czasu na sprzątanie. Rano wstałam jak zwykle zrobiłam
sobie kawę i sięgnęłam po kawałek czerstwej bułki. Pomyślałam, że muszę zrobić
zakupy. Bułka nie nadawała się do zjedzenia. Sięgnęłam do barku w meblach
pokojowych i wyciągnęłam
najsmaczniejsze Listki deserowe
oraz Bratanki ,,Dr Gerarda’’. Jeszcze po jednej paczce uchowały mi się. Po
takim ,,zdrowym,, śniadaniu, siadłam do komputera. Nawet nie wiem kiedy minęły mi
cztery godziny. Kręgosłup bolał, nogi zdrętwiały. Wstałam, poruszałam się
chwilę. Postanowiłam wyskoczyć na szybkie zakupy do pobliskiego sklepu. Kupiłam
tam najpotrzebniejsze rzeczy, nie zapomniałam również o najlepszych Psotkach i
Markizach Negro firmy ,,Dr Gerard”’. Już nie raz te smakołyki uratowały mnie od
głodu. Dobrze , że zawsze byłam szczupła , bo na takim jedzeniu nie
zmieściłabym się w drzwiach swojego mieszkania. Z zakupami wróciłam do domu.
Zrobiłam sobie jedzenie i kubeł herbaty, kupiłam go specjalnie dla siebie,
chyba ma ponad litr pojemności. Jak ja to mówię raz a dobrze. Po szybkim
posiłku, zasiadłam znów do swojej pracy. Musiałam napisać kilka artykułów na ,,wczoraj,,.
Kiedy byłam pogrążona w swoich myślach i wstukiwaniem kolejnych wyrazów,
usłyszałam dźwięk dzwonka. Byłam zdziwiona, przecież nikogo się nie
spodziewałam. Postanowiłam zignorować natręta. Dzwonek nie dawał za wygraną.
Wstałam i otworzyłam z cierpkim grymasem na twarzy. - No ile można czekać!? -usłyszałam
głos babci. Byłam zaskoczona. Zapytałam co ona tutaj robi. Babcia powiadomiła
mnie, że umówiona jest tutaj u jakiegoś lekarza. Z energią i pełnymi siatami
weszła do kuchni. Nie muszę pisać jaka reakcja była na to co zobaczyła. Nie
będę też pisała, co usłyszałam, wiedziałam jedno , że nastąpił koniec mojej pracy w tym domu. Nie myliłam
się babcia, zaczęła wyciągać smakołyki z toreb. Mówiła, układała, układała i
mówiła. Chodziła oglądała. W końcu popatrzyła na zegarek, i powiedziała, -no
masz szczęście, lekarz jutro przyjmuje, więc zabieram się do pracy. Nie było mowy
o tłumaczeniu babci ,że nie trzeba. Nie było mowy babcia zaczęła działać.
Niestety ja musiałam coś wymyśleć, żeby stąd uciec. Powiedziałam, że muszę iść
do pracy . Moja kochana babcia, powiedziała mi tylko – pa!. Pracę kończyłam w
biurze. Zgłodniałam sięgnęłam do
torebki, znalazłam tam najsmaczniejsze Patysie śmietankowe ,,Dr Gerarda’’.
Jadłam i pisałam dalej. Kiedy skończyłam dochodziła godzina 22. Wróciłam do
domu, nie mogłam uwierzyć w to co zobaczyłam. Było czyściutko, pachniało
jedzeniem. Babcia w fotelu drzemała, otworzyła oczy i z uśmiechem powiedziała -
nie myśl, że tak będzie zawsze !. Ucałowałam ją i poszłyśmy spać. Ta wizytacja
była miła. Pozdrawiam.
KINDER BAL
KINDER BAL
Na ten weekend przypadła moja kolej zorganizowania noclegu i zabawy dla dzieci z sąsiedztwa u Nowickich. Tym razem to Zosia miała pełnić rolę gospodyni spotkania. Ewa poprosiła mnie o pomoc w tej sprawie. Trzeba ustalić menu dla dzieci, ale najważniejsze to zorganizować spotkanie tak, aby uczestnicy się nie nudzili. Mamy trudne zadanie - wypełnić im czas ciekawą i edukacyjną zabawą. Milusińscy chętnie uczestniczą w różnych zgadywankach i konkursach, trzeba po prostu wykazać się pomysłowością i umieć wprowadzić je w życie. Szykujemy więc magiczny worek, w którym znajdą się różne przedmioty znane dzieciom z codziennego użytku, takie jak np. : długopis, paczka chusteczek higienicznych, kalkulator, a dzieci będą musiały odgadnąć nazwę przedmiotu, który właśnie trzymają w ręku, bez oglądania go, oczywiście. Pojawią się również zagadki, na przykład z pytaniami w stylu: kogo Calineczka zaprosiłaby do tańca? Odpowiedź brzmi „ jaskółeczkę”. Takich zestawów baśniowych par trzeba przygotować przynajmniej kilkanaście. Pomyślałyśmy jeszcze o zawodach w kręgle, kręceniu na czas hula hop, tańcu na rozłożonej gazecie itp. Nagrodami dla zwycięzców mają być słodycze z firmy Dr Gerard. Dzieciaki je uwielbiają. Doskonale nadają się do tego ciasteczka o nazwie Bratanki i Psotki. Oczywiście dla wszystkich milusińskich na stołach został przygotowany słodki poczęstunek składający się w większości z produktów firmy Dr Gerard. Obie z Ewą wiemy, że te produkty są zawsze świeże i smaczne, dlatego bez obaw możemy je serwować kipiącym energią dzieciakom. Dopilnowałyśmy jednak, aby ciasteczka ogólnie dostępne dla dzieci były inne, niż te przeznaczone na nagrody. W ten sposób zmotywujemy je do rywalizacji. Chęć posiadania, a co za tym idzie, skonsumowania dodatkowej porcji wyśmienitych słodyczy, jest wśród milusińskich ogromna. Ewa śmiejąc się zabroniła mi podjadania ciasteczek. Ona doskonale zna moje upodobania do takich pyszności. Oświadczyła, że dla nas kawa i łakocie są w kuchni i nie ma żadnego objadania z puli przeznaczonej dla niczego nie podejrzewających dzieci. Obruszyłam się na takie stwierdzenie, nigdy nie podbieram komuś słodyczy, sama sobie kupuję i próbuje wydzielać dzienną porcje. Co prawda z jej przestrzeganiem różnie mi wychodzi, ale to już przecież wiemy, hihi. Dobrze, że wróciłam do sportowej aktywności, dzięki temu czasem mogę przymknąć oko na jedno ciastko więcej.
Wspomnienia z wakacji.
Rzeka. Właściwie nie rzeka, tylko rzeczka. Wąski ciek wijący się niczym zaskroniec między zielonymi łąkami. Niesie wodę ciemną i chłodną nawet w upalne letnie dni. Nurt tu leniwy, szczególnie w dołach ocienionych gałęziami łoziny. To miejsce do dziś stanowi moje wielkie wrażenie.Gdy miałem wybrać się tam zaopatrzyłem się w picie oraz w najsmaczniejsze ciasteczka Kubanki kokosowe i Psotki z firmy Dr. Gerarda.
Nad ową rzekę zaprosił mnie niegdyś mój wędkarski mentor, starszy o kilka lat spinningista. To on jako pierwszy zachwycił mnie polowaniami na mocarne grubasy. Gdy ja młóciłem wodę niezgrabną wahadłówką, on, na żyłce cienkiej jak włos, podawał z gracją pod nosy wielkogłowych ryb maleńkie, własnoręcznie wykonane woblery. Widząc jego wędkarski kunszt, złożyłem wędkę i klęknąłem obok niego, zafascynowany lekcją udzielaną przez mistrza…
Miniaturowa, wystrugana z lipowego drewna rybka, mieniąc się srebrzystymi bokami, spływała kilkanaście metrów z prądem, by po chwili, krótkimi skokami i zakosami, popłynąć w górę rzeki. Zwykle w wędrówce towarzyszyły jej niewielkie klenie i okonie, lecz gdy przynęta docierała nad czerniącą się głębię, drobnica pierzchała, a wobler znikał w wirze wytworzonym przez kłapnięcie potężnej rybiej paszczy. Wtedy wędka gięła się w pałąk, a kołowrotek zaczynał jazgotać niczym wystraszona turkawka. Po energicznej walce piękny okaz klenia prezentował swe umięśnione cielsko na miękkiej, soczystej trawie. Po chwili odzyskiwał wolność, machając na pożegnanie wielką ciemną płetwą.
Taką scenę obserwowałem wielokroć – po schwytaniu jednej ryby, maszerowaliśmy kilkadziesiąt metrów w górę rzeki i spektakl rozpoczynał się od nowa. Krystalicznie czysta woda pozwalała oglądać go ze wszystkimi pasjonującymi szczegółami. Niekiedy zdarzało się, że przynętę zaatakował szczupak, a wtedy szanse łowcy były znikome. Zwykle po kilku sekundach ryba – ku rozpaczy kolegi – odpływała z efektem wielogodzinnej rzeźbiarskiej pracy w zębatym pysku.
Chyba tylko szczęściu i przemianom ustrojowym zawdzięczam to, że rzeka pozostała nieuregulowana do dziś. Czekające na jej obrzeżach koparki w ostatniej chwili zostały skierowane gdzie indziej. Wprawdzie po ostatnich suchych latach koryto niesie nieco mniej wody, ale piękne klenie nadal zamieszkują ocienione głęboczki. Opierają się nawet miejscowym kłusownikom, którzy skutecznie wytrzebili szczupaki, ale wobec kleni pozostali bezradni. Pewnie znaleźliby jakiś sposób, ale chyba z uwagi na „niejadalne” mięso uznali, że nie warto się trudzić.
Tego lata niemal tydzień urlopu poświęciłem polowaniu na grubego klenia. Jego stanowisko odkryłem – jak często bywa – przypadkowo. Siedziałem na starym, przegrywającym walkę z czasem i naturą moście, obserwując człapiącego kilkanaście metrów niżej bociana. Wypłoszył on małą żabę, która salwowała się ucieczką do wody. Zamiast wrócić zaraz po skoku w stronę bezpiecznego brzegu, zdecydowała się pokonać kilka metrów głębi, dzielącej ją od kępy roślin ścielącej się przy wbitym w wodę słupie, stanowiącym ostatni ślad po dawnej kładce. W połowie drogi nieostrożne stworzenie zostało wchłonięte przez znajomy wir na powierzchni. Obły cień, który w ułamku sekundy dostrzegłem, utwierdził mnie w przekonaniu, że dołek zamieszkiwany jest przez grubą rybę.
Kilka godzin dzielących mnie od wieczora poświęciłem na obserwacje miejscówki. Odkryłem, że klenisko co jakiś czas podnosi się z dna, by pożreć strącone przez wiatr owady. Los żabki dzieliły koniki polne i chrabąszcze. Zawsze po zawirowaniu i cichym kłapnięciu następowało kilkadziesiąt minut przerwy. Spostrzegłem jeszcze coś – kleń nie był jedynym mieszkańcem zagłebienia, pod roślinami okalającymi zmurszały słup schronienie znalazł mały, trzydziestocentymetrowy szczupak, który żerował na odpoczywającej w zwolnieniu nurtu drobnicy.
Następnego dnia, zachęcony wspaniałą, słoneczną pogodą wyruszyłem nad rzekę. Uzbrojony w pudełko przynęt, wierzyłem, że łatwo oszukam mieszkańca dołka. Jednak, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, kleń udowodnił, że nie jest rybą naiwna. Nie reagował na podawane specjały – efektu nie przynosiły woblery, gumy ani obrotówki. Gdy znużony posilałem się drugim śniadaniem, w wodzie dostrzegłem ruch. Klenisko bezczelnie wynurzyło się, by schwytać wielkiego zielonego pasikonika, który rozpaczliwie przebierał niezgrabnymi odnóżami. Wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Założyłem na agrafkę najmniejszy z moich wobków – żółtą imitację owada. Spuściłem go z prądem wody, poruszając szczytówką w taki sposób, by udawał walczącego o życie chrabąszcza. Gdy przynęta znalazła się nad głęboczkiem, serce zabiło mi szybciej, a dłonie same zacisnęły się na wędzisku. Z dna podniósł się obły cień i powolnym ruchem płynął w kierunku przynęty. Z wyostrzonymi zmysłami czekałem na upragnione zawirowanie wody. Niestety! Na ułamek sekundy przed spodziewanym atakiem klenia spod roślin wyskoczył z szaleńczym rajdem zębacz i pożarł drgającą przynętę. Klnąc ze złości wyholowałem gnojka na brzeg i wypuściłem kilkanaście metrów poniżej stanowiska. O dalszym wędkowaniu tego dnia mogłem zapomnieć, gdyż spłoszony olbrzym przestał żerować.
Kolejne dwa dni łowów również nie przyniosły efektów, zacząłem więc podejrzewać, że ryba zmieniła miejsce pobytu.
Wreszcie przyszedł czwartek, dzień ostatniej szansy. Założyłem sobie, że jeśli i tym razem łowy skończą się fiaskiem, następnego dnia zmieniam miejsce podchodów. Pogoda od rana była typowo wędkarska. Parno, duszno, w oddali pomrukiwała lipcowa nawałnica. Nad rzeką dziwna cisza, nawet bociany nie klekotały jak zwykle. Po kilkunastu minutach obserwacji stwierdziłem, że „mój” kleń nie żeruje. Jednak raz i drugi z dna dołka wypryskiwały przerażone okonki. Pomyślałem, że zapewne atakuje je szczupak lub duży pasiak. Wygrzebałem więc z pudełka trzycentymetrową imitację okonia, dociążyłem ołowianą śruciną i posłałem na płyciznę za sterczącym z wody filarem. Dla bezpieczeństwa zestaw uzupełniłem o cienki wolframowy przypon. Tak manewrowałem spinningiem, by wobler naturalnym ruchem spłynął do dołka. Gdy znalazł się przy dnie, ruchem szczytówki poderwałem go do góry, by naśladował uciekającą drobnicę. Mając w głowie wcześniejsze niepowodzenia, czyniłem to bez wielkiej wiary w sukces. Jednak przy drugim poderwaniu przynęty nastąpił tak gwałtowny atak, że omal nie wyrwał mi wędziska z dłoni. Po uderzeniu hamulec kołowrotka zaskowytał, a szczytówka wędki zgięła się do granic wytrzymałości. Ryba kręciła zwariowane młynki przy dnie, by po chwili wyruszyć w dynamiczną ucieczkę z prądem rzeki. Przedzierałem się za nią wzdłuż brzegu, modląc się, by nie schroniła się w korzeniach starych wierzb. Widziałem złociste boki zdobyczy, które pozwoliły mi upewnić się, że holuje upragnionego klenia. Na szczęście ryba po chwili zawróciła do swojego dołka. Krążyła tam jeszcze dwie, trzy minuty, próbując co jakiś czas wykorzystać do zerwania żyłki stary filar. Jednak moc zestawu pozwalała mi na skuteczne powstrzymywanie tych zapędów. Wreszcie kleń osłabł na tyle, że podholowałem go pod nogi. Zauważyłem, że kotwiczka woblera tkwi na zewnątrz wielkiego pyska, jednak zapięta dość pewnie. Pewnym ruchem schwytałem rybę za mięsisty kark i podniosłem na trawiasty brzeg.Nie wiem czy z wrażenia czy z przerażenia odruchowo w ziołem napój żeby odreagować a także najsmaczniejsze Listki deserowe i Rogalik pudrowany z firmy Dr. Gerarda.
Emocje opadły, przyszedł czas na radość. Podziwiałem przez chwilę piękną zdobycz, ciesząc się jak dziecko. Wiedziałem, że dwukilowy kleń z małej rzeki to nie lada gratka dla wędkarza. Jego złociste boki, pokryte wspaniałymi łuskami, lśniły w kryjącym się za burzowymi chmurami słońcu. Ucałowałem rybę na pożegnanie i zwróciłem jej wolność. Król ostatniego tygodnia mojego wędkarskiego życiorysu odpłynął wolno do swej siedziby, majestatycznie poruszając potężną płetwą. Kiedy w strugach deszczu maszerowałem do domu, śmiałem się sam do siebie. Zdałem sobie sprawę, że dane mi było przeżyć najpiękniejszą z wakacyjnych przygód.
Nad ową rzekę zaprosił mnie niegdyś mój wędkarski mentor, starszy o kilka lat spinningista. To on jako pierwszy zachwycił mnie polowaniami na mocarne grubasy. Gdy ja młóciłem wodę niezgrabną wahadłówką, on, na żyłce cienkiej jak włos, podawał z gracją pod nosy wielkogłowych ryb maleńkie, własnoręcznie wykonane woblery. Widząc jego wędkarski kunszt, złożyłem wędkę i klęknąłem obok niego, zafascynowany lekcją udzielaną przez mistrza…
Miniaturowa, wystrugana z lipowego drewna rybka, mieniąc się srebrzystymi bokami, spływała kilkanaście metrów z prądem, by po chwili, krótkimi skokami i zakosami, popłynąć w górę rzeki. Zwykle w wędrówce towarzyszyły jej niewielkie klenie i okonie, lecz gdy przynęta docierała nad czerniącą się głębię, drobnica pierzchała, a wobler znikał w wirze wytworzonym przez kłapnięcie potężnej rybiej paszczy. Wtedy wędka gięła się w pałąk, a kołowrotek zaczynał jazgotać niczym wystraszona turkawka. Po energicznej walce piękny okaz klenia prezentował swe umięśnione cielsko na miękkiej, soczystej trawie. Po chwili odzyskiwał wolność, machając na pożegnanie wielką ciemną płetwą.
Taką scenę obserwowałem wielokroć – po schwytaniu jednej ryby, maszerowaliśmy kilkadziesiąt metrów w górę rzeki i spektakl rozpoczynał się od nowa. Krystalicznie czysta woda pozwalała oglądać go ze wszystkimi pasjonującymi szczegółami. Niekiedy zdarzało się, że przynętę zaatakował szczupak, a wtedy szanse łowcy były znikome. Zwykle po kilku sekundach ryba – ku rozpaczy kolegi – odpływała z efektem wielogodzinnej rzeźbiarskiej pracy w zębatym pysku.
Chyba tylko szczęściu i przemianom ustrojowym zawdzięczam to, że rzeka pozostała nieuregulowana do dziś. Czekające na jej obrzeżach koparki w ostatniej chwili zostały skierowane gdzie indziej. Wprawdzie po ostatnich suchych latach koryto niesie nieco mniej wody, ale piękne klenie nadal zamieszkują ocienione głęboczki. Opierają się nawet miejscowym kłusownikom, którzy skutecznie wytrzebili szczupaki, ale wobec kleni pozostali bezradni. Pewnie znaleźliby jakiś sposób, ale chyba z uwagi na „niejadalne” mięso uznali, że nie warto się trudzić.
Tego lata niemal tydzień urlopu poświęciłem polowaniu na grubego klenia. Jego stanowisko odkryłem – jak często bywa – przypadkowo. Siedziałem na starym, przegrywającym walkę z czasem i naturą moście, obserwując człapiącego kilkanaście metrów niżej bociana. Wypłoszył on małą żabę, która salwowała się ucieczką do wody. Zamiast wrócić zaraz po skoku w stronę bezpiecznego brzegu, zdecydowała się pokonać kilka metrów głębi, dzielącej ją od kępy roślin ścielącej się przy wbitym w wodę słupie, stanowiącym ostatni ślad po dawnej kładce. W połowie drogi nieostrożne stworzenie zostało wchłonięte przez znajomy wir na powierzchni. Obły cień, który w ułamku sekundy dostrzegłem, utwierdził mnie w przekonaniu, że dołek zamieszkiwany jest przez grubą rybę.
Kilka godzin dzielących mnie od wieczora poświęciłem na obserwacje miejscówki. Odkryłem, że klenisko co jakiś czas podnosi się z dna, by pożreć strącone przez wiatr owady. Los żabki dzieliły koniki polne i chrabąszcze. Zawsze po zawirowaniu i cichym kłapnięciu następowało kilkadziesiąt minut przerwy. Spostrzegłem jeszcze coś – kleń nie był jedynym mieszkańcem zagłebienia, pod roślinami okalającymi zmurszały słup schronienie znalazł mały, trzydziestocentymetrowy szczupak, który żerował na odpoczywającej w zwolnieniu nurtu drobnicy.
Następnego dnia, zachęcony wspaniałą, słoneczną pogodą wyruszyłem nad rzekę. Uzbrojony w pudełko przynęt, wierzyłem, że łatwo oszukam mieszkańca dołka. Jednak, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, kleń udowodnił, że nie jest rybą naiwna. Nie reagował na podawane specjały – efektu nie przynosiły woblery, gumy ani obrotówki. Gdy znużony posilałem się drugim śniadaniem, w wodzie dostrzegłem ruch. Klenisko bezczelnie wynurzyło się, by schwytać wielkiego zielonego pasikonika, który rozpaczliwie przebierał niezgrabnymi odnóżami. Wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Założyłem na agrafkę najmniejszy z moich wobków – żółtą imitację owada. Spuściłem go z prądem wody, poruszając szczytówką w taki sposób, by udawał walczącego o życie chrabąszcza. Gdy przynęta znalazła się nad głęboczkiem, serce zabiło mi szybciej, a dłonie same zacisnęły się na wędzisku. Z dna podniósł się obły cień i powolnym ruchem płynął w kierunku przynęty. Z wyostrzonymi zmysłami czekałem na upragnione zawirowanie wody. Niestety! Na ułamek sekundy przed spodziewanym atakiem klenia spod roślin wyskoczył z szaleńczym rajdem zębacz i pożarł drgającą przynętę. Klnąc ze złości wyholowałem gnojka na brzeg i wypuściłem kilkanaście metrów poniżej stanowiska. O dalszym wędkowaniu tego dnia mogłem zapomnieć, gdyż spłoszony olbrzym przestał żerować.
Kolejne dwa dni łowów również nie przyniosły efektów, zacząłem więc podejrzewać, że ryba zmieniła miejsce pobytu.
Wreszcie przyszedł czwartek, dzień ostatniej szansy. Założyłem sobie, że jeśli i tym razem łowy skończą się fiaskiem, następnego dnia zmieniam miejsce podchodów. Pogoda od rana była typowo wędkarska. Parno, duszno, w oddali pomrukiwała lipcowa nawałnica. Nad rzeką dziwna cisza, nawet bociany nie klekotały jak zwykle. Po kilkunastu minutach obserwacji stwierdziłem, że „mój” kleń nie żeruje. Jednak raz i drugi z dna dołka wypryskiwały przerażone okonki. Pomyślałem, że zapewne atakuje je szczupak lub duży pasiak. Wygrzebałem więc z pudełka trzycentymetrową imitację okonia, dociążyłem ołowianą śruciną i posłałem na płyciznę za sterczącym z wody filarem. Dla bezpieczeństwa zestaw uzupełniłem o cienki wolframowy przypon. Tak manewrowałem spinningiem, by wobler naturalnym ruchem spłynął do dołka. Gdy znalazł się przy dnie, ruchem szczytówki poderwałem go do góry, by naśladował uciekającą drobnicę. Mając w głowie wcześniejsze niepowodzenia, czyniłem to bez wielkiej wiary w sukces. Jednak przy drugim poderwaniu przynęty nastąpił tak gwałtowny atak, że omal nie wyrwał mi wędziska z dłoni. Po uderzeniu hamulec kołowrotka zaskowytał, a szczytówka wędki zgięła się do granic wytrzymałości. Ryba kręciła zwariowane młynki przy dnie, by po chwili wyruszyć w dynamiczną ucieczkę z prądem rzeki. Przedzierałem się za nią wzdłuż brzegu, modląc się, by nie schroniła się w korzeniach starych wierzb. Widziałem złociste boki zdobyczy, które pozwoliły mi upewnić się, że holuje upragnionego klenia. Na szczęście ryba po chwili zawróciła do swojego dołka. Krążyła tam jeszcze dwie, trzy minuty, próbując co jakiś czas wykorzystać do zerwania żyłki stary filar. Jednak moc zestawu pozwalała mi na skuteczne powstrzymywanie tych zapędów. Wreszcie kleń osłabł na tyle, że podholowałem go pod nogi. Zauważyłem, że kotwiczka woblera tkwi na zewnątrz wielkiego pyska, jednak zapięta dość pewnie. Pewnym ruchem schwytałem rybę za mięsisty kark i podniosłem na trawiasty brzeg.Nie wiem czy z wrażenia czy z przerażenia odruchowo w ziołem napój żeby odreagować a także najsmaczniejsze Listki deserowe i Rogalik pudrowany z firmy Dr. Gerarda.
Emocje opadły, przyszedł czas na radość. Podziwiałem przez chwilę piękną zdobycz, ciesząc się jak dziecko. Wiedziałem, że dwukilowy kleń z małej rzeki to nie lada gratka dla wędkarza. Jego złociste boki, pokryte wspaniałymi łuskami, lśniły w kryjącym się za burzowymi chmurami słońcu. Ucałowałem rybę na pożegnanie i zwróciłem jej wolność. Król ostatniego tygodnia mojego wędkarskiego życiorysu odpłynął wolno do swej siedziby, majestatycznie poruszając potężną płetwą. Kiedy w strugach deszczu maszerowałem do domu, śmiałem się sam do siebie. Zdałem sobie sprawę, że dane mi było przeżyć najpiękniejszą z wakacyjnych przygód.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)