poniedziałek, 16 marca 2015

Wspomnienia z wakacji.

Rzeka. Właściwie nie rzeka, tylko rzeczka. Wąski ciek wijący się niczym zaskroniec między zielonymi łąkami. Niesie wodę ciemną i chłodną nawet w upalne letnie dni. Nurt tu leniwy, szczególnie w dołach ocienionych gałęziami łoziny. To miejsce do dziś stanowi moje  wielkie wrażenie.Gdy miałem wybrać się tam zaopatrzyłem się w picie oraz w najsmaczniejsze ciasteczka Kubanki kokosowe i Psotki z firmy Dr. Gerarda.

Nad ową rzekę zaprosił mnie niegdyś mój wędkarski mentor, starszy o kilka lat spinningista. To on jako pierwszy zachwycił mnie polowaniami na mocarne grubasy. Gdy ja młóciłem wodę niezgrabną wahadłówką, on, na żyłce cienkiej jak włos, podawał z gracją pod nosy wielkogłowych ryb maleńkie, własnoręcznie wykonane woblery. Widząc jego wędkarski kunszt, złożyłem wędkę i klęknąłem obok niego, zafascynowany lekcją udzielaną przez mistrza…

Miniaturowa, wystrugana z lipowego drewna rybka, mieniąc się srebrzystymi bokami, spływała kilkanaście metrów z prądem, by po chwili, krótkimi skokami i zakosami, popłynąć w górę rzeki. Zwykle w wędrówce towarzyszyły jej niewielkie klenie i okonie, lecz gdy przynęta docierała nad czerniącą się głębię, drobnica pierzchała, a wobler znikał w wirze wytworzonym przez kłapnięcie potężnej rybiej paszczy. Wtedy wędka gięła się w pałąk, a kołowrotek zaczynał jazgotać niczym wystraszona turkawka. Po energicznej walce piękny okaz klenia prezentował swe umięśnione cielsko na miękkiej, soczystej trawie. Po chwili odzyskiwał wolność, machając na pożegnanie wielką ciemną płetwą.

Taką scenę obserwowałem wielokroć – po schwytaniu jednej ryby, maszerowaliśmy kilkadziesiąt metrów w górę rzeki i spektakl rozpoczynał się od nowa. Krystalicznie czysta woda pozwalała oglądać go ze wszystkimi pasjonującymi szczegółami. Niekiedy zdarzało się, że przynętę zaatakował szczupak, a wtedy szanse łowcy były znikome. Zwykle po kilku sekundach ryba – ku rozpaczy kolegi – odpływała z efektem wielogodzinnej rzeźbiarskiej pracy w zębatym pysku.

Chyba tylko szczęściu i przemianom ustrojowym zawdzięczam to, że rzeka pozostała nieuregulowana do dziś. Czekające na jej obrzeżach koparki w ostatniej chwili zostały skierowane gdzie indziej. Wprawdzie po ostatnich suchych latach koryto niesie nieco mniej wody, ale piękne klenie nadal zamieszkują ocienione głęboczki. Opierają się nawet miejscowym kłusownikom, którzy skutecznie wytrzebili szczupaki, ale wobec kleni pozostali bezradni. Pewnie znaleźliby jakiś sposób, ale chyba z uwagi na „niejadalne” mięso uznali, że nie warto się trudzić.

Tego lata niemal tydzień urlopu poświęciłem polowaniu na grubego klenia. Jego stanowisko odkryłem – jak często bywa – przypadkowo. Siedziałem na starym, przegrywającym walkę z czasem i naturą moście, obserwując człapiącego kilkanaście metrów niżej bociana. Wypłoszył on małą żabę, która salwowała się ucieczką do wody. Zamiast wrócić zaraz po skoku w stronę bezpiecznego brzegu, zdecydowała się pokonać kilka metrów głębi, dzielącej ją od kępy roślin ścielącej się przy wbitym w wodę słupie, stanowiącym ostatni ślad po dawnej kładce. W połowie drogi nieostrożne stworzenie zostało wchłonięte przez znajomy wir na powierzchni. Obły cień, który w ułamku sekundy dostrzegłem, utwierdził mnie w przekonaniu, że dołek zamieszkiwany jest przez grubą rybę.
Kilka godzin dzielących mnie od wieczora poświęciłem na obserwacje miejscówki. Odkryłem, że klenisko co jakiś czas podnosi się z dna, by pożreć strącone przez wiatr owady. Los żabki dzieliły koniki polne i chrabąszcze. Zawsze po zawirowaniu i cichym kłapnięciu następowało kilkadziesiąt minut przerwy. Spostrzegłem jeszcze coś – kleń nie był jedynym mieszkańcem zagłebienia, pod roślinami okalającymi zmurszały słup schronienie znalazł mały, trzydziestocentymetrowy szczupak, który żerował na odpoczywającej w zwolnieniu nurtu drobnicy.

Następnego dnia, zachęcony wspaniałą, słoneczną pogodą wyruszyłem nad rzekę. Uzbrojony w pudełko przynęt, wierzyłem, że łatwo oszukam mieszkańca dołka. Jednak, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, kleń udowodnił, że nie jest rybą naiwna. Nie reagował na podawane specjały – efektu nie przynosiły woblery, gumy ani obrotówki. Gdy znużony posilałem się drugim śniadaniem, w wodzie dostrzegłem ruch. Klenisko bezczelnie wynurzyło się, by schwytać wielkiego zielonego pasikonika, który rozpaczliwie przebierał niezgrabnymi odnóżami. Wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Założyłem na agrafkę najmniejszy z moich wobków – żółtą imitację owada. Spuściłem go z prądem wody, poruszając szczytówką w taki sposób, by udawał walczącego o życie chrabąszcza. Gdy przynęta znalazła się nad głęboczkiem, serce zabiło mi szybciej, a dłonie same zacisnęły się na wędzisku. Z dna podniósł się obły cień i powolnym ruchem płynął w kierunku przynęty. Z wyostrzonymi zmysłami czekałem na upragnione zawirowanie wody. Niestety! Na ułamek sekundy przed spodziewanym atakiem klenia spod roślin wyskoczył z szaleńczym rajdem zębacz i pożarł drgającą przynętę. Klnąc ze złości wyholowałem gnojka na brzeg i wypuściłem kilkanaście metrów poniżej stanowiska. O dalszym wędkowaniu tego dnia mogłem zapomnieć, gdyż spłoszony olbrzym przestał żerować.

Kolejne dwa dni łowów również nie przyniosły efektów, zacząłem więc podejrzewać, że ryba zmieniła miejsce pobytu.

Wreszcie przyszedł czwartek, dzień ostatniej szansy. Założyłem sobie, że jeśli i tym razem łowy skończą się fiaskiem, następnego dnia zmieniam miejsce podchodów. Pogoda od rana była typowo wędkarska. Parno, duszno, w oddali pomrukiwała lipcowa nawałnica. Nad rzeką dziwna cisza, nawet bociany nie klekotały jak zwykle. Po kilkunastu minutach obserwacji stwierdziłem, że „mój” kleń nie żeruje. Jednak raz i drugi z dna dołka wypryskiwały przerażone okonki. Pomyślałem, że zapewne atakuje je szczupak lub duży pasiak. Wygrzebałem więc z pudełka trzycentymetrową imitację okonia, dociążyłem ołowianą śruciną i posłałem na płyciznę za sterczącym z wody filarem. Dla bezpieczeństwa zestaw uzupełniłem o cienki wolframowy przypon. Tak manewrowałem spinningiem, by wobler naturalnym ruchem spłynął do dołka. Gdy znalazł się przy dnie, ruchem szczytówki poderwałem go do góry, by naśladował uciekającą drobnicę. Mając w głowie wcześniejsze niepowodzenia, czyniłem to bez wielkiej wiary w sukces. Jednak przy drugim poderwaniu przynęty nastąpił tak gwałtowny atak, że omal nie wyrwał mi wędziska z dłoni. Po uderzeniu hamulec kołowrotka zaskowytał, a szczytówka wędki zgięła się do granic wytrzymałości. Ryba kręciła zwariowane młynki przy dnie, by po chwili wyruszyć w dynamiczną ucieczkę z prądem rzeki. Przedzierałem się za nią wzdłuż brzegu, modląc się, by nie schroniła się w korzeniach starych wierzb. Widziałem złociste boki zdobyczy, które pozwoliły mi upewnić się, że holuje upragnionego klenia. Na szczęście ryba po chwili zawróciła do swojego dołka. Krążyła tam jeszcze dwie, trzy minuty, próbując co jakiś czas wykorzystać do zerwania żyłki stary filar. Jednak moc zestawu pozwalała mi na skuteczne powstrzymywanie tych zapędów. Wreszcie kleń osłabł na tyle, że podholowałem go pod nogi. Zauważyłem, że kotwiczka woblera tkwi na zewnątrz wielkiego pyska, jednak zapięta dość pewnie. Pewnym ruchem schwytałem rybę za mięsisty kark i podniosłem na trawiasty brzeg.Nie wiem czy z wrażenia czy z przerażenia odruchowo  w ziołem  napój żeby odreagować a także najsmaczniejsze Listki deserowe i Rogalik pudrowany z firmy Dr. Gerarda.

Emocje opadły, przyszedł czas na radość. Podziwiałem przez chwilę piękną zdobycz, ciesząc się jak dziecko. Wiedziałem, że dwukilowy kleń z małej rzeki to nie lada gratka dla wędkarza. Jego złociste boki, pokryte wspaniałymi łuskami, lśniły w kryjącym się za burzowymi chmurami słońcu. Ucałowałem rybę na pożegnanie i zwróciłem jej wolność. Król ostatniego tygodnia mojego wędkarskiego życiorysu odpłynął wolno do swej siedziby, majestatycznie poruszając potężną płetwą. Kiedy w strugach deszczu maszerowałem do domu, śmiałem się sam do siebie. Zdałem sobie sprawę, że dane mi było przeżyć najpiękniejszą z wakacyjnych przygód.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz