wtorek, 10 marca 2015

Na polowaniu

Długo się zastanawiałem, czy mam moralne prawo opisać tę historię, ale minęło tyle lat, że sami uczestnicy tego polowania o wszystkim pewnie zapomnieli, a warto tą sytuację przytoczyć ku uciesze samych aktorów tego zdarzenia jak i wydobyć uśmiech na twarzy czytelników. Było to kilkanaście lat temu w okresie, gdy ktokolwiek rzucił hasło - spotykamy się na polowaniu- zawsze kilku z nas chwytało strzelbę, pas z nabojami i nieodłączną torbę z prowiantem ja dodatkowo zawsze wkładałem sobie słodycze Psotki, Kubanki kokosowe  firmy Dr. Gerard. i w łowisko. Tak było i w tym przypadku w niedzielę rano zadzwonił u mnie w domu telefon -przyjeżdżaj pies wypoczęty- usłyszałem w słuchawce głos Mietka   będzie, bracie kilku kolegów, idziemy na kaczki. Dwa razy nie trzeba było mi powtarzać za niecałą godzinę byłem na podwórku u Mietka, gdzie już czekało dwóch kolegów, oraz wyżlica Bona. Przywitanie, kilka uwag o planowanym polowaniu w efekcie których przyjmujemy za pewne, że Mietek wie najlepiej, gdzie kaczki latają i na którym bajorze możemy je spotkać przecież mieszka w tym obwodzie i jest na bieżąco poinformowany. Ponieważ dzień zapowiada się ciepło   na niebie ani jednej chmurki, ruszamy wesoło w kierunku Starej Wsi przez Korczunek. Po pewnym czasie dochodzimy do pierwszego bajora śródpolnego, obstawiamy ostrożnie je z czterech stron Mietek daje polecenie dla wyżła- szukaj piesku-. A pies tylko na to czekał, ruszył z wielkim pośpiechem w trzciny co upewniło nas, że oto za chwilę zerwie się chmara kaczek i będziemy mogli wykazać się celnością oka i naszej broni, a tu nic się nie zrywa dopiero po chwili dociera do mnie, pies przemierza obszar bajora, ale nie słychać plusku wody pod łapami -no wyschło, bracie lato było wyjątkowe upalne, ciepło i wyschło, ale to nic idziemy na następne tam jest woda sam niedawno tam byłem i jest woda, zresztą to niedaleko- powiedział Mietek. Faktycznie do bajorka dotarliśmy w piętnaście minut i woda była, a właściwie kałuża i kaczka też była -jedna- do której strzelił kolega, ale nie trafił. -To nic- stwierdził Mietek -następne jezioro to pewniak, bracie, tam wpada rów nawadniający i wody w bród- więc idziemy. Po chwili jesteśmy na niewielki pagórku, a poniżej zielenią się kępy sitowia i tataraku z lewej strony nad soczystą zielenią roślin typowo rosnących nad wodą, suche kikuty niewielkich brzózek, a z drugiej strony widać szeroki rów i mimo odległości w słońcu skrzy się cieniutka stróżka wody. Widzę uśmiech na twarzy kolegów, krótkie uzgodnienie, ja z kolegą ruszamy na lewą, kierując się w stronę rowu, dojście na drugą stronę nie jest trudne mimo, że trawa jest wysoka, sporo wysokich ostów, w końcu to nieużytek od kilku lat, ale są ścieżki wydeptane wokół bajora przez zwierzynę, tak że idąc po "zwierzęcej ścieżce" szybko docieramy do rowu, który w tym miejscu ma około półtora metra głębokości, a dnem toczy się leniwie ciek wody. Kolega ocenił, że przeskoczenie przez rów jest raczej niemożliwe więc zszedł na dół i spokojnie wdrapał się na przeciwległą skarpę, stanął na drugiej stronie i popatrzył na bagienko, zainteresowało go nagłe ujadanie psa, który zaczął się miotać w sitowiu. W tej samej chwili z zarośli przylegających do bajora wyskoczyły dwa kożlaki wyciśnięte z tamtąd przez Bonę i gnały przed siebie jak szalone, jeden po chwili skręcił w długich susach do lasu, a drugi wskoczył na dobrze znaną sobie ścieżkę i sadził przed siebie nie z ważąjac , że na jej końcu stoi nieruchomo nasz kolega, również zaskoczony rozwojem sytuacji.

Wy obrażcie sobie pędzi kożle, nagle w pełnym biegu widzi przed sobą człowieka, istotę przed którą instynkt nakazywał mu uciekać więc to czyni, wbija przednie cewki w ziemię i wykonuje obrót w miejscu całą tuszą, by jak najrychlej ujść z tego miejsca, ale kożle popełnia błąd, tylne rapety jeszcze nie dotknęły gruntu, a on chce odskoczyć i rapetki trafiają w próżnię, na początku, a potem z całym impetem lądują na klejnotach kolegi, który robi najszybszy skłon do przodu jaki w życiu widziałem, ( Japończycy mogli by się od niego uczyć skłonu ),chwyta się za krocze, chwieje się, robi krok do tyłu i wpada siedzeniem do rowu,a właściwie do wody. Ten przymusowe upadek i obmywanie przez zimną wodę części ciała poniżej kręgosłupa przynosi mu znaczną ulgę w cierpieniu. I tutaj nie kończy się przygoda naszego kolegi ponieważ przekrój rowu był w kształcie trójkąta, widzimy na jednym brzegu rowu wystające buty z drugiej strony głowę, na dole tułów, oraz przybierający poziom wody i wtedy ofiara napaści kożlaka powiedziała - zaklinowałem się, pomóżcie -w trzech wyciągamy nieszczęśnika z rowu w połowie mokrego i po kilku wesołych komentarzach, ktoś zapytał- co w tej sytuacji robimy ?-.

Na to pechowiec odpowiedział- nie wiem jak wy, ale ja mam dość spudłowałem jedyną kaczkę jaka była, byłem kopnięty w klejnoty przez dziecko sarny, wpadłem do rowu, jestem mokry, ja jadę do domu, a jeszcze mamy trzy kilometry marszu do samochodów -.Wszyscy przyznaliśmy mu rację i wróciliśmy razem do samochodów.Tu przed wyruszeniem w drogę zjedliśmy zabrane ze sobą kanapki ja poczęstowałem kolegów najsmaczniejszymi ciasteczkami Wilczy Apetyt, Pasja advocat z firmy Dr. Gerarda. Ta przygoda bardziej mi utkwiła w pamięci niż inne, nieraz wracało się z polowania z trokiem pełnym ptactwa, ale właśnie taka historia zacieśniała więzi między nami kolegami po lufie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz